ANEGDOTY O KOBZIE

ANEGDOTY O KOBZIE

ANEGDOTY O KOBZIE

© RATOWNICTWO GÓRSKIE-ARCHIWUM

Był wśród nas Kolega ratownik Józek Kobec z przydomkiem „Kobza”.  Może dlatego, żeby łatwiej było skojarzyć, albo żeby było śmiesznie i wesoło ?

Był dobrym ratownikiem, przewodnikiem sudeckim, narciarzem i kolegą.

Bywało, że razem dyżurowaliśmy, uczestniczyliśmy w akcjach ratunkowych lub byliśmy na szkoleniach. „Kobza” przy okazji odpoczynku, albo wieczorami lubił opowiadać przeróżne historyjki.

Pewnego dnia przyszedł do stacji centralnej prosto od dentysty i zapukał do drzwi. Ratownik dyżurny krzyknął -„kto tam ?” a zza drzwi padła odpowiedź – „to ja, Żużek !”. Nowa „szuflada” przeszkadzała mu przez dłuższy czas w płynnej wymowie, lecz załapał się kolejny dla „Kobzy” przydomek: „Żuż”.

Jurek Woźnica poradził mu, że trzeba dużo pić, więc poszli do restauracji. Kiedy po dłuższym czasie już z niej wyszli, zatrzymali się przy maszcie lampy oświetleniowej na centralnym placu miasta. Woźnica rzucił pomysł wejścia na szczyt i długo nie trzeba było czekać jak obaj niczym bociany siedzieli na górze miejskiego oświetlenia. Ktoś zadzwonił na milicję, a ci zjawili się szybko. Zaraz za nimi przyjechała też straż pożarna i rozpoczęły się prośby i groźby, żeby chłopcy zeszli na ziemię.  Po chwilach obaj znaleźli się na dole i milicjanci chcieli założyć im kajdanki. To chłopakom nie odpowiadało, wiec zaczęli uciekać. Milicjanci z pałkami w rękach rozpoczęli za nimi pościg. Kiedy „Kobza” osłabł w uciekaniu, zatrzymał się i wyjaśnił szybko milicjantowi, że jego pałować nie wolno, bo chodzi na fizjoterapię. Milicjant pałki nie użył, bo głęboko zastanawiał się nad słowem „fizjoterapia”.

Kobec w górach spisywał się znakomicie i miał dużo doświadczenia.

Pewnej zimy, gdzieś na początku lat 70-tych odbywały się zawody narciarskie niepełnosprawnych sportowców. Impreza była niżej Szrenicy na słynnej „ścianie”. Obstawę ratowniczą GOPR zawodów powierzono Wiesławowi Chachule i „Kobzie”. Zawodnicy startowali co pewien czas, a koledzy spokojnie czekali aż nadejdzie koniec obstawy. Nagle z wierzchołków świerków posypał się śnieg, a za chwilę sędziowie zawodów przekazali informację ratownikom o wypadku na trasie zjazdu.

Ratownicy ruszyli z toboganem na trasę. Kiedy dojechali do zawodnika i zapytali co mu się stało, ten odparł, że nic mu nie jest.„Jak to nic ?! Pan ma złamana nogę !, uderzył pan w drzewo!” – powiedział Wiesiek Chachuła. –„Tak, ale noga jest drewniana. Jak macie gwoździe, młotek i deskę, to się da naprawić protezę i ukończę zawody” stwierdził niepełnosprawny narciarz. Ratownicy spojrzeli po sobie a „Kobza” odparł: „Przepraszam pana, ale stolarzami nie jesteśmy…” . Po chwili zwieźli gościa na toboganie do dolnej stacji wyciągu na Szrenicę w Szklarskiej Porębie. Nikt nie przypuszczał, że w udzielaniu pomocy narciarzowi potrzebny będzie młotek i gwoździe z deską…

Kiedyś w dyżurce zobaczyłem śrubokręt i wkręty do drewna. Hmmm , zabierać ze sobą do zestawu aptecznego ? może nie ? I przypomina mi się „Kobza” z Wieśkiem na obstawie zawodów narciarskich. Czy na inne obstawy zawodów zabierano podobne narzędzia ? Tego nie wiadomo.

Nigdy nie wiadomo tak naprawdę, co się może w górach wydarzyć, a co może się przydać.
Wspomnienia przychodzą jak wiatr z gór.

 

 

O Mariusz Czerski 18 artykułów
Ratownik Grupy Karkonoskiej GOPR