CZERWONE SWETRY W „CZERWONYCH BERETACH”

CZERWONE SWETRY W "CZERWONYCH BERETACH"
© MARIUSZ CZERSKI | RATOWNICTWO GÓRSKIE

CZERWONE SWETRY W „CZERWONYCH BERETACH”

Jak każdy chłopiec, i ja chciałem być żołnierzem. Nadszedł czas stawienia się na komisji wojskowej, więc stawiłem się tam z ochotą i myślą, że niebawem dostanę się do wojska. Na komisję poszedłem z kolegą Kazikiem. On dostał kategorię „A”, a ja „D”, co oznaczało „…też zdolny, ale tylko w oddziałach samoobrony.”
Byłem załamany taką decyzją lekarza wojskowego, który stwierdził, że po górach mogę sobie chodzić ile chcę. Cóż było robić? Zdaliśmy z Kazikiem kurs I stopnia ratownictwa górskiego GOPR na Samotni, na kilka dni przed egzaminem maturalnym. Kolega jesienią dostał ,,bilet” do wojska, ja nie.

W tamtych latach ratownicy GOPR powoływani byli do wojska w charakterze instruktorów, aby szkolić WOP-istów lub żołnierzy z jednostek specjalnych w jeździe na nartach lub we wspinaczce skalnej.

Z naszej Grupy Karkonoskiej w latach 80-tych także powołano mnie i trzech kolegów. W WKU pewien major powiedział mi:
– Ponieważ, wiecie rozumiecie, żołnierze muszą być szkoleni w górach, to będziecie instruktorem.
– Ale ja mam kategorię ,,B”, odparłem.
A na to ten oficer:
– To wam, wiecie, zmieniamy kategorię, macie funkcję zwiadowcy – i zaczął wypisywać „bilet” do jednostki wojskowej nr …(tajemnica wojskowa!) w Bolesławcu na dwa tygodnie zajęć.
Za kilka dni spotkaliśmy się w Stacji Centralnej GOPR w Jeleniej Górze w składzie; Marian Sajnog, Zdzisiek Tomala, Rysiek Jędrecki i ja.

Rozpoczęliśmy podróż do jednostki wojskowej nie zapominając wstąpić po drodze do restauracji, jak nakazywała tradycja.

W koszarach wojskowych wydano nam mundury, ale okazało się, że są mocno sfatygowane wojaczką. Oburzony tym Kolega Marian będący w stopniu porucznika rezerwy na tyle się zdenerwował, że kopniakiem odesłał mundury w stronę oficera dyżurnego, a my ochoczo zrobiliśmy tak samo.
-„COOOO !?” , wrzeszczał dyżurny i gdzieś pobiegł. Niebawem przyszedł z dowódcą jednostki. Pan kapitan popatrzył na nas srogo, po czym kazał funkcyjnemu przynieść nowiutkie mundury.
Po godzinie wyglądaliśmy już jak komandosi, z tym, że każdy w swoich bucikach górskich i czerwonych beretach. Musieliśmy teraz pojechać w okolice schroniska Szwajcarka w Górach Sokolich, gdzie kompania wojaków rozbiła swój obóz i tam mieliśmy zająć się szkoleniem.

Dojechaliśmy, oczywiście nie zapominając o wstąpieniu po drodze do kolejnej restauracji na „lufę”.

W obozie powitania nie było, gdyż wojsko już dawno spało w namiotach. Rano nie słyszeliśmy pobudki a na śniadanie zaprosił nas jakiś żołnierzyk. Na apelu dostaliśmy przydziały do drużyn i rozpoczęliśmy szkolenie teoretyczne, a następnie wszyscy wyszliśmy w skałki aby „szweje” oswoili się ze skałami. Żołnierze ćwiczyli najczęściej z plecakami i kałasznikowami. My chodziliśmy „na lekko”. Wiosenne dni były gorące i słoneczne. W mundurkach typu „moro” komfortu specjalnie nie było, ale co zrobić ?
Pewien żołnierz podpięty do liny nie mógł wystartować w skałę od ziemi i stał tak kilka minut z dylematem jak to zrobić. Widząc to, zdenerwowany oficer obiecał temu żołnierzykowi kilka dni kibli jeżeli on nie wejdzie w skałę. Ku zdziwieniu wszystkich szeregowiec żwawo wspiął się na samą górę natychmiast.
Po dwóch dniach pobytu w wojsku poprosiłem o przepustkę. Nie dostałem i zwiałem na tzw.”lewiznę” do domu, żeby pokazać rodzinie jaki to ze mnie wojak. Rano już byłem w obozie.
W zajęciach z żołnierzami były wspinaczki i zjazdy na linie. Pewnego dnia ćwiczyliśmy na Sukiennicach (skałki w Górach Sokolich), kiedy nadleciały nie wiedzieć skąd śmigłowce wojskowe Mi-2 i krążyły nad skałkami. Hałas silników idealnie zagłuszył ciszę i wydawane pomiędzy ćwiczącymi komendy. Siedzieliśmy na Sukiennicach z kilkunastoma żołnierzami, a pozostali czekali u podstawy skałek .

Wpadłem na pomysł, aby pokazać pilotom nisko przelatujących maszyn nasze uzbrojenie. Kolejna eskadra widząc wycelowane kałasznikowy odbiła „na skrzydło” i już za chwilę w skałkach była cisza. Wracaliśmy do obozu po wspinaczce, gdzie szef kompanii powitał nas wrzaskiem komendy do natychmiastowej zbiórki. Dowódca stał wściekły i spytał:
– Kto wydał rozkaz strzelania do lotnictwa ?! 
Dowódcy drużyn robili zdziwione miny, a ja wystąpiłem z szeregu mówiąc, że to był mój pomysł postraszenia śmigłowców.
– Wstąpcie do szeregu, bo was każę zamknąć !”, wrzasnął na mnie i kazał się wszystkim rozejść. Musiałem potem długo słuchać oficera politycznego o kłopotliwej sytuacji dowódcy, który musiał wytłumaczyć incydent gdzieś w dowództwie wyżej.
W drugim tygodniu szkolenia wyjechaliśmy w Śnieżne Kotły, gdzie mieliśmy posmakować prawdziwych gór. Dotarliśmy do chatki „Pod Śmielcem” a żołnierze zabiwakowali w pobliskim wiatrołomie. Kadra zajęła chatkę. Padał deszcz, lecz mimo to dostałem rozkaz wyjścia z kompanią w kotły. Dowódca się odgryzał za te śmigłowce.
Poszliśmy do lasu, skryliśmy się pod świerkami i po jakimś czasie wróciliśmy.
– Jak było w kotłach ? – spytał dowódca,
– Mgła jest tak gęsta, że można nożem kroić –  odpowiedziałem zadowolonemu kapitanowi.
Następnego dnia rozpoczęliśmy ćwiczenia na filarze „Pierwszomajowym”. Będącego na górze Ryśka zaczepił żołnierz WOP-u i chciał aresztować. Za chwilę zjawiłem się z grupką ćwiczących komandosów i WOP-ista zlękniony przewagą sił i powagą sytuacji zwyczajnie uciekł by dalej pilnować granicy PRL-u. Wróciliśmy pod Szwajcarkę do obozu i ćwiczyliśmy nadal w skałkach. Kiedy po ćwiczeniach wracaliśmy do obozu (był upalny dzień) pomagałem „szwejkom” w transporcie i niosłem ich pięć kałaszników. Skręciłem do schroniska na piwko sam. Stojący tam turyści szybko się schowali za ściany widząc tak uzbrojonego cywila. Bufetowa nie chciała zapłaty.
Wartownik w obozie natychmiast kazał mi się zgłosić do dowódcy. Byłem straszony tym i tamtym, ale na tym się skończyło, bo pić się chciało każdemu.

CZERWONE SWETRY W "CZERWONYCH BERETACH"
© MARIUSZ CZERSKI | RATOWNICTWO GÓRSKIE

Ćwiczenia się niebawem zakończyły. Razem z kolegami ratownikami spełniliśmy nasze zadanie szkoleniowe w „czerwonych beretach”. Czasem przypomina mi się biesiada pożegnalna z wojskiem i piosenka „Myszerej” (my czterej pancerni,…itd).

O Mariusz Czerski 19 artykułów
Ratownik Grupy Karkonoskiej GOPR