GRUPA BIESZCZADZKA GOPR

70-LECIE GOPR

WYBÓR AKCJI I WYPRAW Z HISTORII GRUPY BIESZCZADZKIEJ GOPR

GRUPA BIESZCZADZKA GOPR
PIERWSZA NAMIOTOWA DYŻURKA NA BULI POD TARNICĄ – LATA 60

                                           

GRUPA BIESZCZADZKA GOPRPierwszy zapis w książce interwencji Grupy Bieszczadzkiej widnieje pod datą 16.12.1961 r. Wyda­rzenie miało miejsce w czasie treningu narciarskiego na trasie biegowej w Za­górzu. Zawodniczka, 19 letnia uczennica, uległa kontuzji w czasie upadku. Ratownik Jerzy Batruch udzielił pomocy wykonując opatrunek nogi bandażem elastycznym i doprowadził poszkodowaną do szosy, skąd furmanką odjechała do szpitala.

Pierwsza zapisana akcja ratunkowa miała miejsce 30.12.1961, kiedy to Barbara K., studentka z Warszawy, zasłabła przy zjeździe na nartach z Połoniny Caryńskiej w kierunku Przysłupia. Trójka ratowników, po stwierdzeniu u poszkodowanej ogólnego wyczerpania i zaburzeń akcji serca, przetransponowała ją toboganem przez Przysłup, Bereżki do Ustrzyk Górnych. Prawdopodobną przyczyną zasłab­nięcia był zły stan zdrowia, brak kondycji oraz to, że poszkodowana bezpośrednio po miesięcznym pobycie w szpitalu przyjechała do Ustrzyk Górnych na narty. 

14.02.1962 roku o godz. 15  samochodem wojskowym „Lublin” wyruszyła z Sanoka wyprawa w składzie: czterech ratowników, oficer i dwóch żołnierzy z za­miarem dotarcia do odciętego od kilku dni przez zamiecie schroniska w Ustrzykach Górnych. Przebywali tam między innymi Roman Sz. z Rzeszowa z po­dejrzeniem złamania obojczyka, Jan K. z Przemyśla ze zgniecionym palcem ręki oraz dwie osoby z wysoką temperaturą. Do schroniska wyprawa dotarła 15.02 o godz. 4.00  /84 km forsowano 13 godz./, idąc pieszo z Bereżek, dokąd dojechał samochód wojskowy poprzedzany przez dwa spychacze. O godz. 4.30 do Ustrzyk przebił się przez zaspy spychacz, w kabinie którego umieszczono dwoje najciężej poszkodowanych. W czasie trwającej nadal zamieci śnieżnej ekipa transportowa po 9  godzinach  /45 km/ dostarczyła chorych do szpitala w Ustrzykach Dolnych.

14.02.1964 roku Pogotowie Ratunkowe z Ustrzyk Dolnych zwróciło się do GOPR o interwencję, wobec braku możliwości dotarcia lekarza do Nasicznego, gdzie oczekiwała na pomoc kobieta z komplikacjami poporodowymi. Tym razem z Lutowisk wyruszyło 3 ratowników wynajętymi saniami /samochód GOPR był w Cisnej w innej akcji/, a jeden z Ustrzyk Górnych na nartach. Do Nasicznego dotarli wieczorem. Przy chorej była pielęgniarka. Wezwano śmigłowiec, przygotowując lądowisko, jednak ze względu na zmrok przylot był niemożliwy. Utrzymywano kontakt telefoniczny z lekarzem GOPR i Pogotowiem Ratunkowym w Ustrzykach Dolnych. O godz. 23.00 przybył z Lutowisk felczer medycyny z lekarstwami i sprzętem medycznym. W dniu 15.02 o godz. 9.30 wylądował śmigłowiec, a przybyły lekarz wraz z pielęgniarką dokonali koniecznego zabiegu. Chora pozostała pod opieką pielęgniarki.

Pierwszy notowany wypadek lawinowy miał miejsce 19.02.1964 roku na stoku Szerokiego Wierchu. Deska śnieżna ok. godz. 13.00 zgarnęła 11 uczestników Rajdu Ziemi Oświęcimskiej, udających się na Tarnicę. Szczęśliwie dwie osoby, w tym jeden z dwu zabezpieczających rajd ratowników GOPR znalazły się poza zasięgiem lawiny i zorganizowały natychmiast akcję ratunkową. Dzięki pomocy kilku osób tylko częściowo zasypanych udało się zapobiec najgorszemu. Przez 45 minut szukano drugiego ratownika, który był przysypany 130 cm warstwą śniegu. Szczęśliwie został wydobyty bez obrażeń. Opatrzność nad nim czuwała, bowiem narty zostały obcięte tuż za piętami! Tomasz R., również całkowicie zasypany, miał złamaną kość strzałkową, a Kazimierz W. skręconą nogę w stawie skokowym.    

12.09.1965 roku od godz. 21.50 do 23.30 jeden z ratowników z panią Urszulą D. udzielili pomocy przy porodzie 32 letniej Teresie M. z Ustrzyk Górnych. Pogotowie ratunkowe przybyło po po­rodzie, zabierając matkę i dziecko do Izby Porodowej.

Wieczorem 16 lutego 1967 roku wyruszyła z Dołżycy wyprawa na Okrąglik przez Roztoki po Igora Z., 39 letniego redaktora telewizyjnego magazynu tury­stycznego „Tramp”, który złamał nogę pod szczytem Okrąglika. Towarzyszący ekipie żołnierz WOP, zjechał na nartach do Roztok Górnych i powiadomił o wypadku centralę GOPR. Do wypadku pierwszy  ruszył 4 osobowy patrol ratowników z Dołżycy, który po dotarciu do poszkodowanych zabezpieczył uraz.

Ratownicy sprowadzili grupę „telewizorów” z grani i zabezpieczyli ich przed utratą ciepła.  Współtowarzysze wycieczki byli osłabieni i narażeni na odmrożenia. Nie wymyślili, że trzeba zejść na stronę zawietrzną stoku, by uniknąć silnego wiatru. Załamanie pogody, 25 stopniowy mróz, wiatr i zadymka spowodowały, że biwak – z konieczności bez przygotowania, właściwego sprzętu i żywności – mógł zakończyć się tragicznie. Grupa redaktorów nie potrafiła również  rozpalić ogniska.

Wspomagająca ekipa wyruszyła o 21.00 samochodem służbowym  z Sanoka. Po dotarciu do Majdanu, ratownicy dalej poszli pieszo, a następnie po śladach wopisty, w śniegu dochodzącym do pasa, dotarli na Okrąglik. Transport 2 osób  toboganami improwizowanymi trwał do godz. 8.00 rano, a sprowadzanie pozostałych członków ekipy telewizyjnej w głębokim śniegu także nie było prostym zadaniem. W Roztokach ratownicy przepakowali poszkodowanych na sanie i przy pomocy koni cała ekipa dotarła do Majdanu. Tu kolejny raz przeniesiono najbardziej poszkodowanych do samochodu GOPR, którym zostali dowiezieni do szpitala w Sanoku. Odmrożenie, zgorzel, groźba amputacji nogi, potem kilkumiesięczna rehabili­tacja w szpitalu i sanatorium zakończyły  tę lekkomyślną wyprawę Igora Z..

30.12.1972 roku ok. godz.16.00 turysta powiadomił ratowników dyżurnych o zauważonym pożarze traw na Połoninie Wetlińskiej w pobliżu schroniska. Do akcji gaszenia wyruszyli ratownicy oraz przebywająca w schronisku grupa młodzieży wraz z opiekunami z Leska. Do tłumienia ognia używano łopat oraz wiechci z gałęzi jarzębinowych. 31.12 ok. południa ponownie zauważono płonącą borowinę w rejonie siodła nad źródłem. Gaszenie utrudniał przenikający pod łatami śniegu ogień, który rozniecał kolejne pożary. W Nowy Rok zauważono płonące połoniny Szerokiego Wierchu.

W nocy z 2/3.11.1973 roku ze schroniska na Połoninie Wetlińskiej wyruszyło z psem Szatanem 4 ratowników, zawiadomionych przez jednego z uczestników ośmioosobowej wycieczki studentów socjologii UW.  W rejonie przełęczy 1099 /obecnie Przełęcz Orłowicza/ oczekiwało na pomoc 7 osób, w tym dwie kobiety. Przeliczyli się z siłami, byli wyczerpani i nie mogli kontynuować marszu. Grupa wyruszyła z Cisnej o godz. 10.00, przez Dołżycę, Falową, Jaworzec, Smerek z za­miarem dotarcia do schroniska na Połoninie. Panowały trudne warunki atmosferyczne – głęboki śnieg oraz bardzo silny wiatr. Po około 4 godzinach poszukiwań grupę znalazł pies Szatan na stoku Smereka. Poszukiwani byli skrajnie wyczerpani i otępiali. Po udzieleniu doraźnej pomocy rozpoczęto trans­port: kobiet na plecach, pozostałych powiązanych liną doprowadzono do schroniska.

GRUPA BIESZCZADZKA GOPR

 

7.05.1975 roku o godz. 14.50 ratownicy na Połoninie Wetlińskiej zostali powiadomieni, że jeden z uczestników rajdu Politechniki Krakowskiej, 20-letni Adam K., podczas podchodzenia na szczyt Smereka, został przed dwiema godzinami porażony przez piorun. Po przybyciu na miejsce wypadku o godz. 16.20 ratownicy przystąpili do reanimacji. Przybyły śmigłowcem o godz. 18.30 lekarz stwierdził zgon. Zwłoki przetransportowano do wsi Smerek, przenosząc je przez wezbrane wody Wetlinki.

6.02.1978 roku o godz. 11.00 wyruszyło z Nasicznego dwoje turystów narciarzy z zamiarem przejścia trasy na Małą Rawkę przez Wyżniański Wierch  i powrotu nartostradą do Berehów. Towarzyszka 21 letniego Piotra U. z Łodzi postanowiła w Berehach zrezygnować z dalszej wędrówki i powróciła do Na­sicznego. W dniu 7.02 o godz. 10.30 zawiadomiono GOPR, że narciarz nie powrócił do Nasicznego. W nocy padał śnieg i wiał wiatr. Patrol ratowników wyruszył we mgle i śnieżycy. Do kierujących akcją docierały informacje:  o za­gubieniu nikłych śladów, a następnie o ponownym ich odnalezieniu na Dziale. Wreszcie ok. 17.30 natrafiono na plecak i kijki narciarskie. Po zlokalizowaniu rejonu patrol kontynuował poszukiwania wzdłuż potoku spływającego w stronę Berehów. O godz. 21.00 nastąpiło spotkanie patrolu z zasadniczą grupą ratowników w miej­scu, gdzie zginął ostatni ślad poszukiwanego. Ratowników patrolu wyłączono z akcji ze względu na stan skrajnego wyczerpania. Rozpoczęto bardzo dokładne przeszukiwanie potoku i terenu przyległego. O godz. 21.10 natrafiono na zwłoki, które leżały w potoku nieopodal drogi. Jak wykazały późniejsze badania me­dyczne zgon nastąpił prawdopodobnie dnia 7.02 około godz. 7.00.

3.02.1986 roku dwunastu ratowników poszukiwało 11 uczniów LO nr 20 w Warszawie, którzy wyszli z Domu Wycieczkowego w Wetlinie i nie dotarli na nocleg do schroniska na Połoninie Wetlińskiej. O sytuacji zawiadomiła trójka, która odłączyła się od grupy w rejonie Hnatowego Berda. Grupa udawała się na 10 dniowy pobyt w schronisku, była wyposażona w sprzęt, żywność i odzież. Patrol ratowników udał się skuterem do grani Hnatowego Berda i dalej pieszo do granicy lasu. Szlak znaczony był porzuconymi plecakami, śpiworami i prowadził przez las do owczarni pod Połoniną. Mimo późnej pory – godz. 23.40, postanowiono grupę umieścić w szkole w Kalnicy. Temperatura minus 28 stopni nie sprzyjała ani wędrówkom, ani biwakowaniu w górach. Grupa przyjechała w Bieszczady z 24-letnim opiekunem.

7.11.1988 roku około godz. 14.00, GOPR został wezwany do wyciągnięcia człowieka ze studni w Besku. Na miejsce przybyło trzech ratowników ze specja­listycznym sprzętem wspinaczkowym. Okazało się, że Jan K., naprawiając starą studnię, zjeżdżał z cembrowiną i na głębokości 5 m został zasypany. Ratownikowi, który zjechał do studni, udało się odkopać głowę i ręce poszkodowanego. Obsuwająca się ziemia, konieczność szalowania, utrudniały zadanie. Podano leki i żywność, zabezpieczając liną ratowanego przed możliwością obsunięcia się ziemi wraz z ofiarą w głąb studni. Wielogodzinna praca ratowników GOPR, Straży Pożarnej z Krosna i Beska, pomoc Milicji, Pogotowia Ratunkowego i wielu ochotników, oraz użycie dwu koparek, umożliwiło wydobycie o godz. 7.00 dnia następnego zdrowego Jana K. Pomoc przybyłego rano z Bytomia zespołu Stacji Ratownictwa Górniczego była już na szczęście niepotrzebna. Studnia, niebawem po zakończeniu akcji, zawaliła się.

10.01.1991 roku o godz. 10.30 oficer WOP z Cisnej powiadomił centralę GOPR w Sanoku, że przed momentem w okolicy szczytu Rożki,  na wysokości przekaźnika TV rozbił się śmigłowiec.

Na miejsce wypadku udała się natychmiast śmigłowcem sanitarnym 5 osobowa ekipa, zabierając ze sobą specjalistyczny sprzęt ratowniczy oraz siekierę i nożyce do cięcia prętów. /GOPR w Bieszczadach nie posiadał dotychczas na wyposażeniu takiego sprzętu, jak piły do metalu, reflektory nożyce hydrauliczne, itp./.

Kierownikiem akcji został wyznaczony instruktor ratownictwa Jacek Frydrych. Śmigłowiec LPR wylądował ok. 60m od płonącego wraku. Na miejsce zdarzenia udali się z apteczkami ratownicy oraz lekarz.  Po przeszukaniu rozbitego, poskręcanego Mi-8, doliczono się ośmiu zmiażdżonych ciał ludzkich – nie było kogo ratować.

Na miejscu katastrofy byli już ratownicy sekcji Cisna, którzy ze strażakami miejscowego OSP usiłowali gaśnicami, śniegiem i ziemią przy pomocy  łopat ugasić wzniecony upadkiem śmigłowca pożar.  Po wstępnych oględzinach, stwierdzono, że wszyscy pasażerowie /policjanci/ i załoga śmigłowca Mi – 8, należącego do Nadwiślańskiej Jednostki MSW w liczbie 10 osób ponieśli śmierć. Była to ekipa telewizyjnego magazynu 997 realizująca tu materiał filmowy. O godz. 11.30 do pomocy zostali  wezwani ratownicy z Ustrzyk Górnych i Połoniny Wetlińskiej, którym polecono zabranie maksymalnej ilości sprzętu transportowego i pomocniczego / akie, tobogany, piły motorowe, liny, siekiery, pochodnie/ oraz środków łączności.

Dalsza praca 15 ratowników w tym  dniu na miejscu wypadku polegała na zabezpieczeniu terenu, gaszeniu tlących się resztek wraku, oraz pomocy w poszukiwaniach istotnych dla ustalenia przyczyny wypadku części śmigłowca. Ratownicy podzieleni na dwuosobowe patrole przeczesali teren w promieniu do 3 km wokół miejsca zdarzenia. Po powrocie z przeszukania wszyscy uczestnicy zebrali się na posterunku Policji, celem złożenia szczegółowych relacji ze swojej pracy. O godz. 13.20 rozpoczęto przygotowania do wydobycia i transportu zwłok. Dwóch kolegów oczyściło piłami motorowymi teren wokół wraku, umożliwiając dostęp do rozbitego śmigłowca, pozostali pakowali zabitych do specjalnych worków i transportowali na wyznaczone miejsce. Dostęp do dwóch dotychczas nie znalezionych ciał, możliwy był dopiero po pocięciu pogniecionych części specjalnymi piłami i użyciu rozpieraków. Na miejscu wypadku pracowały zgodnie Policja, leśnicy, Straż Pożarna, GOPR, komisje specjalne MSW i MON. Prawdopodobną przyczyną tragedii był lot w trudnych górskich warunkach przy słabej widoczności. ewolucję zawadził Śmigłowiec wykonując tylnym śmigiełkiem o drzewo, co spowodowało utratę sterowności i upadek na ziemię.

9 września 1992 roku w okolicy Hnatowego Berda spadł z wysokości ok. 10 m lotniarz Jerzy G. Po otrzymaniu zawiadomienia, natychmiast w kierunku miejsca wypadku udał się ratownik dyżurny z Połoniny Wetlińskiej. Do pomocy w transporcie wyruszyli samochodem terenowym ratownicy z Ustrzyk Górnych. Obrażenia lotniarza były na tyle ciężkie – połamane nogi oraz miednica, że zdecydowano się wezwać śmigłowiec ZLS, który zabrał rannego z przygotowanego lądowiska do szpitala w Sanoku.

30 kwietnia 1994 roku o godz. 20.15 Jerzy K. zgłosił dyżurnym ratownikom w Ustrzykach Górnych zaginięcie swoich synów: 11 letniego Łukasza i 12 letniego Piotra. Chłopcy wraz z rodzicami i młodszą siostrą przebywali na polanie po Kiczerą /na terenie byłej bazy studenckiej/, gdzie palono ognisko. Po jakimś czasie postanowili wyjść wyżej, by móc lepiej podziwiać panoramę i zabłądzili. Ratownicy po otrzymaniu zgłoszenia wyruszyli dwoma patrolami na poszukiwania. Używając naboi sygnałowych, o godz. 23.15 nawiązali kontakt głosowy z zaginionymi. Po dojściu ratowników chłopcy zostali ubrani w ciepłą odzież i po przeprowadzeniu przez potok oddani w ręce uszczęśliwionych rodziców.

9 maja 1995 roku dwie uczestniczki wycieczki z Warszawy zwróciły się z prośbą do ratowników dyżurnych na Połoninie Wetlińskiej o udzielenie pomocy koledze, który źle się poczuł i nie może kontynuować marszu. Po dojściu na miejsce ratownicy stwierdzili, że stan chorego jest bardzo poważny /był mocno wychłodzony, tętno słabe, ograniczony kontakt/ i wezwali na pomoc śmigłowiec ZSL z Sanoka. Mimo zabezpieczenia turysty przed dalszą utratą ciepła i prowadzonej natychmiast akcji reanimacyjnej, przybyły śmigłowcem na miejsce wypadku lekarz stwierdził zgon 16 letniego Piotra P. Po otrzymaniu zgody prokuratora i przeczekaniu niekorzystnych warunków atmosferycznych w Wetlinie, zwłoki zostały przewiezione śmigłowcem do Sanoka.

 W dniach 11 do 14 lipca 1997 roku ratownicy naszej Grupy wraz załogami ZLS w Sanoku, z własnej inicjatywy brali udział w akcji ratowniczej w gminie Borowa, na terenie objętym powodzią. Efektywny udział w akcji powodziowej został wysoko oceniony przez władze państwowe. Wszyscy ratownicy oraz załogi śmigłowców zostali przez prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego odznaczeni medalami „Za Ofiarność i Odwagę”.

GRUPA BIESZCZADZKA GOPR

3.05.2002 roku o godz. 15.00 telefonem komórkowym powiadomiono ratowników dyżurnych w Ustrzykach Górnych, że na południowo-zachodnim stoku Połoniny Caryńskiej leży nieprzytomna kobieta. Pierwszej pomocy udzieliła jej przechodząca lekarka, która wezwała pomoc. Ratownicy wyruszyli do akcji natychmiast, zabierając niezbędny sprzęt medyczny i transportowy. Po drodze został zabrany do pomocy ratownik z Małej Rawki. O godz.15.35, po dotarciu do chorej, 52 letniej Elżbiety Z. z Warszawy, udzielono jej niezbędnej pomocy, zmierzono ciśnienie, podano tlen. Po ok. 10 minutach, gdy chora poczuła się lepiej rozpoczęto transport wózkiem alpejskim do oczekującego śmigłowca. Podczas udzielania pomocy, o godz. 15.40, ratownicy otrzymali kolejne wezwanie do półprzytomnej, z silnymi bólami głowy i wymiotującej dziewczyny w rejonie bacówki  pod Małą Rawką. O godz. 16.28 śmigłowiec z chorą kobietą wylądował koło bacówki a lekarz udał się do poszkodowanej 15 letniej Pauliny Z. O 16.30 ratownicy dotarli Land-Roverem do miejsca kolejnego zdarzenia. Lekarz po zbadaniu dziewczyny zaaplikował jej niezbędne środki farmakologiczne i zlecił transport do szpitala. Po odlocie śmigłowca z jedną chorą, ratownicy zapakowali drugą do akii i zwieźli samochodem do Ustrzyk Górnych, skąd o godz.17.35 została zabrana karetką Pogotowia do szpitala w Ustrzykach Dolnych. 

22.10.2006 roku, o godz. 11.40 po przez telefon alarmowy 601 100 300 ratownicy Rejonowej Stacji w Ustrzykach Górnych zostali poinformowani, że na szlaku zielonym z Przełęczy Wyżniańskiej na Połoninę Caryńską  50 letni Ryszard S. z Sanoka doznał zawału serca. O godz. 11.52 po dotarciu do poszkodowanego przeprowadzono wywiad, podano tlen, kontrolowano funkcje życiowe i oczekiwano na wezwany transport lotniczy.

Po krótkiej chwili chory stracił przytomność, brak wyczuwalnego oddechu i tętna. Ratownicy uruchomili defibrylator i po jego dwukrotnym użyciu zauważyli powracające tętno i oddech. O godz. 12.10 chory został przekazany przybyłemu śmigłowcem lekarzowi . O 12.45 nastąpił odlot śmigłowca z poszkodowanym do szpitala w Sanoku.

Było to pierwsze w Polsce, skuteczne użycie nowego urządzenia, podarowanego naszej Grupie przez fundację Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzego Owsiaka.

13.09.2007 roku o godz. 18.10  komendant placówki Straży Granicznej w Ustrzykach Górnych powiadomił ratowników dyżurnych, że w rejonie Kańczowej obywatelka Czeczenii pozostawiła zwłoki trzech córek.

Sama z jednym dzieckiem została zabrana do szpitala. Informacja ta nie jest jeszcze potwierdzona, na razie nie potrzebują wsparcia. O godz. 20.45, po dotarciu funkcjonariuszy na miejsce zdarzenia, dyżurny Straży Granicznej potwierdził zgłoszenie i poprosił o przetransportowanie zwłok. Kierujący akcją starszy ratownik Jerzy Godawski wezwał do pomocy ratowników sekcji Cisna. Wszyscy musieli jeszcze zaczekać na policyjną ekipę dochodzeniową. Czas oczekiwania na wyjście w góry spowodował natłok myśli w głowach uczestników wyprawy; przecież szkolono ich do udzielania pomocy ludziom w górach, a  zgłoszenie potwierdzało, że mają iść  po zwłoki dziewczynek. Podczas pakowania sprzętu podświadomie oczekiwali odwołania akcji, które jednak nie nadeszło. Ratownicy zdali sobie sprawę, że to oni muszą tam dojść i zwieźć dzieci ich ostatnią drogą. Wszyscy chcieli to mieć już za sobą.

O godz. 23.00 zapadło decyzja o wyjściu w góry. Dwa patrole pojechały quadami, reszta poszła na piechotę. Na miejscu zdarzenia koledzy zastali dwóch funkcjonariuszy SG i dwóch pograniczników ukraińskich. Starsze dziewczynki leżały obok siebie, na nich przykryta liśćmi i  paprociami leżała najmłodsza – wyglądały jakby spokojnie spały. Po oględzinach Policji, zostały zapakowane do czarnych worków. Po położeniu na każdym z nich gałązki jedliny, rozpoczął się smutny transport. Do Ustrzyk Górnych, w okolice strażnicy, kondukt dotarł o godz. 3.20, gdzie zwłoki przekazano  wezwanemu karawanowi. Po zakończonej akcji i rozjechaniu się jego uczestników dyżurni ratownicy zastanawiali się:  czy przy wcześniejszym powiadomieniu byłaby szansa uratowania dziewczynek, co czuła matka układając swoje pociechy pod słupkiem i przykrywając je zielskiem, dlaczego nikt nie potrafił im zapewnić bezpieczeństwa, czy musiały umierać w takich okolicznościach?

7.10.2007 roku, o godz. 9.45 ratownik Stacji Centralnej w Sanoku odebrał informację od Zbigniewa K. że w podczas zejścia ze szczytu Pop Iwan , w dolinie potoku Dżembronia /Ukraina/,  kontuzji nogi doznała 25 letnia Małgorzata K. Ratownik nawiązał kontakt z konsulatem RP we Lwowie, a następnie z naczelnikiem Jaworiwskim ze  Służby Górskiej Czarnohory, podając mu namiary na poszkodowaną. Ok. godz.16.50 ratownicy ukraińscy nawiązali kontakt głosowy z poszkodowanymi, i po zaopatrzeniu urazu rozpoczęli transport. O godz. 20.16 dyżurny ratownik otrzymał SMS-a od poszkodowanych z informacją, że zostali sprowadzeni do Dżembroni i nie wymagają pomocy lekarskiej.    

            

Z ksiąg wypraw i akcji Grupy Bieszczadzkiej

wybrał i opracował Jan Jarosiński

 

Avatar photo
Zespół redagujący blog "Ratownictwo Górskie"