MARIAN TWOREK ”MARYŚ”

 

© RATOWNICTWO GÓRSKIE-ARCHIWUM

MARIAN TWOREK –  ”MARYŚ” 1942 – 2004

Spotkaliśmy się w roku 1961. Marian był już wtedy przewodnikiem i ratownikiem górskim. Wszechstronnie wyszkolony, znakomicie jeździł na nartach, nieźle się wspinał i fantastycznie prowadził ludzi w góry, budząc zawsze entuzjazm, szczególnie u płci pięknej.
Razem z Antosiem Rychlem był moim wprowadzającym do GOPR-u.

Przez wszystkie następne lata byliśmy razem w górach na dyżurach, na nartach czy wspólnych wspinaczkach. Maryś imponował humorem, sprawnością i przede wszystkim wiedzą. Te cechy przydały Mu się w czasie wyprawy na Annapurnę w 1979 r. Wydawało się, że wyprawa ta, tak przecież tragiczna utrwali Jego zainteresowania górami. Wszystko jednak potoczyło się inaczej. Marian powoli odchodził od gór, by osiąść w Cieplicach. Myślę, że strata była obustronna – góry bez Mariana były już inne.
Kiedyś na Hali Szrenickiej jeździliśmy na pierwszym wyciągu tzw.”wyrwirączce”.

Było nudno. Bo ile można było pędzlować na nartach po Hali Szrenickiej?

Na dole wyciągu leżał powalony pień. Ktoś powiedział, chyba Heniek Piecuch ; „jeździć to każdy potrafi – ale kto przeskoczy ten pień ?”
Ambitny zawsze Maryś najpierw się przymierzył, a potem skoczył. Skok był na miarę Małysza, ale Maryś „wmeldował” się w czubek rosnącego niżej okazałego świerku. Wylądował z patykiem w nosie, dosyć okazałym. Wyglądało to tragicznie, a potem chyba komicznie. Marian nie dał się położyć do toboganu. W efekcie najpierw zjeżdżał Maryś z patykiem wbitym w nos, a potem ja z toboganem. Bo przy wielu zaletach, był uparty jak kozioł.
Ta upartość i ambicja przysparzały Mu niejednokrotnie niepotrzebnych kłopotów. W sytuacjach konfliktowych był bezkompromisowy.
Wiosną 2004 roku odwiedziłem Mariana w Jego domu. Umówiliśmy się na kolejne spotkanie, żeby przy wódeczce powspominać, bo wiele wspólnie przeżyliśmy. Do tego spotkania już nie doszło.
Oblazły mnie wspomnienia. Jedno przyszło nagle, wyraziście, będę zawsze pamiętał ; „umierało” schronisko na Szrenicy. Pojechaliśmy tam na jeden z ostatnich dyżurów. Była wspaniała księżycowa noc – widno jak w dzień. Puchu – tak z pół metra. Mieliśmy trochę w czubie i może dlatego postanowiliśmy jechać na dół w tym puchu. Marian „zakładał” ślad, ciągnąc za sobą pióropusz śniegowy. Usiłowałem utrzymać się w Jego rytmie, ale nie bardzo to wychodziło. Natomiast wychodziło nam jedno – śpiew. BATTAGLIONI DELLA VITA, BATTAGLIONI DELLA MORTE – darliśmy się wniebogłosy. Nie bardzo wiem do dzisiaj, dlaczego śpiewaliśmy pieśń włoskich faszystów i dalibóg nie wiem, skąd ją znaliśmy. I nie wiem dlaczego z tysiąca przeżytych zdarzeń, akurat wspomnienie tego nocnego zjazdu ze Szrenicy teraz do mnie przyszło. Bo może to jest tak jak w tej włoskiej pieśni, że śmierć to życie.
 
,,Karkonosze” Nr 3/2004
O Marian Sajnog 182 artykuły
Marian Sajnog - w latach 1973 - 1975 Naczelnik Grupy Sudeckiej GOPR