MARIAN TWOREK – NARCIARZ JEDNEJ NARTY

© S.A.JAWOR | RATOWNICTWO GÓRSKIE

MARIAN TWOREK – NARCIARZ JEDNEJ NARTY

RATOWNIK GOPR, PRZEWODNIK SUDECKI

MARIAN TWOREK – NARCIARZ JEDNEJ NARTY

© S.A.JAWOR | RATOWNICTWO GÓRSKIE

Marian Marek Tworek urodził się  24 marca 1942 roku w gminie Włodzimierzec, powiat Sarny. Gmina ta w latach XX należała do województwa Poleskiego, a po 1930 roku do Wołyńskiego. Marian był trzecim, najmłodszym synem Krystyny i Zygmunta Tworków. Urodził się kiedy rodzina Tworków była w oddziale partyzanckim, co uratowało ich przed rzezią z rąk ukraińskich nacjonalistów. Zmarł w Jeleniej Górze-Cieplicach, po długiej chorobie, 13 czerwca 2004 roku. Pochowany na Starym Cmentarzu w Jeleniej Górze, obok brata lotnika Romualda i obojga rodziców. Grobem nadal starannie się opiekuje Jego towarzyszka życiowa, mieszkająca obecnie we Wrocławiu, Pani Anna.

Marian był wnukiem osadnika wojskowego, skierowanego przez II RP na słabo zaludnione tereny Kresów Wschodnich. Według informacji podanej przez internet gmina Włodzimierzec  miała zaludnienie 33 osoby na 1 km kw, podczas gdy średnia  krajowa II RP wynosiła 83 osoby. Mariana ojciec Zygmunt Tworek pracował na kolei.  Marian był najmłodszym z trzech braci.  Urodził się w czasach, kiedy cała rodzina Tworków była w oddziale partyzanckim. Wojskowa przeszłość rodziny Tworków spowodowała, że po repatriacji do Polski (do Jeleniej Góry) najstarszy brat został pilotem. Służył w „zielonym garnizonie” na Pomorzu.

Kiedy Marian ukończył szkołę podstawową (dzisiejszą Nr. 5) został przyjęty do Korpusu Kadetów imienia generała Karola Świerczewskiego  w Warszawie. Korpus istniał  w latach 1954 – 1956. Była to szkoła o poziomie szkoły średniej. Awansem dla najzdolniejszych i najzdrowszych kadetów, było przejście do Liceum Lotniczego w Dęblinie, które  przygotowywało na studia w WOSL. Koledzy, którzy pamiętają Mariana z tamtych czasów z zawiścią wspominają, jak paradował po Jeleniej Górze w mundurze wojskowym, w czapce, która nad daszkiem miała złotą tarczę z orłem bez korony, na tle wschodzącego słońca.

W roku 1956, po odejściu marszałka Rokossowskiego, Korpus Kadetów rozformowano.

Marian, bez zdania matury wrócił do Jeleniej Góry. Już na ulicę Wyczółkowskiego, gdzie jego rodzice, jako zasłużeni pracownicy PKP i Confexu dostali nowe mieszkanie.

Likwidacja korpusu kadetów zbiegła się z tragiczną śmiercią brata lotnika,  w wypadku drogowym. Marian brał udział w identyfikacji zwłok, i w zbieraniu szczątków brata z szosy pod Karpnikami. Te wydarzenia odbiły się na jego psychice. Likwidacja Korpusu, niedokończona nauka w szkole średniej i śmierć brata negatywnie wpłynęły na jego  charakter. Bywało, że Marian już w dorosłym życiu, w sytuacjach stresowych, płacząc wspominał, jak identyfikował zwłoki brata i gołymi rękami zbierał je z jezdni.

Po powrocie do Jeleniej Góry Marian związał się z rówieśnikami, którzy pod opieką Tadeusza Stecia zajmowali się znakowaniem szlaków turystycznych.

A kiedy ich mentor został kierownikiem Ośrodka Wiedzy o Ziemiach Zachodnich w Bolkowie, przystojny, były kadet, często rezydował w tej instytucji. Pomagając Steciowi w organizacji wykładów i na wycieczkach krajoznawczych zdobył dużą wiedzę o Dolnym Śląsku, co pozwoliło mu zostać Przewodnikiem Sudeckim. Doszedł do klasy drugiej i nigdy nie próbował zdać egzaminu na klasę pierwszą, bo to wiązało się z przedstawieniem świadectwa maturalnego.

Uroda i aparycja powodowały, że dziewczyny lgnęły wręcz do niego. Mógł zdobyć każdą, ale z żadną nie potrafił się związać na dłużej. Wyjątek stanowiła Elżbieta (imię zmienione), recepcjonistka z DW PTTK i jego ostatnia partnerka Anka, dla której odnowił parter pięknej willi w Cieplicach. Anka, chociaż nie była żoną Mariana, troskliwie opiekowała się nim w czasie jego śmiertelnej choroby. Czuwała przy nim aż do Jego odejścia z tego świata. Obecnie, chociaż mieszka we Wrocławiu, troszczy się o miejsce Jego wiecznego spoczynku.

Mariana poznałem wiosną 1960 roku, na kursie przewodnickim w Bolkowie. Na kursie tym matka Stecia była szefową kuchni. Poznaliśmy się drugiego dnia, przy opóźnionym śniadaniu, bo od rana szukano kursanta, który poprzedniego wieczoru, będąc prawdopodobnie pod wpływem alkoholu, pomylił piętra, a miejsce pod maszyną do szycia w pokoju Steciowej, z toaletą.

Sprawcą okazał się były pracownik „Celwiskozy”, który po zatruciu w fabryce włókna i leczeniu w Bolesławcu, został skierowany na kurs, żeby jako przewodnik powrócić do zdrowia, chodząc po górach. Sprawca został przez panią Steciową wskazany w szeregu wszystkich kursantów, mimo że stanął  w najciemniejszym miejscu, długiego korytarzu Ośrodka. Kiedy go wykryto, podano opóźnione śniadanie.  Siedząc przy mlecznej zupie widzieliśmy przez okna jadalni, jak delikwent z walizką w ręce wychodzi z terenu Ośrodka w kierunku przystanku autobusowego.

I wtedy pomiędzy Marianem, Romanem i mną (nie pamiętam czwartego przy stoliku) rozgorzała dyskusja na temat kultu matki. Pamiętam, że miałem z Marianem różne opinie i od tego ścierania się poglądów zaczęła się nasza bliska, trwająca ponad 50 lat znajomość. Tak bliska, że moja córka nazywała go „wujkiem”.

Niezależnie od ogólnej oceny osoby Mariana muszę stwierdzić, że miał on wielki wpływ na moje życie. To on namówił mnie do wstąpienia do GOPR i pracy na etacie ratownika sezonowego.

Był to okres, kiedy w  PTTK i Zarządzie GOPR w Zakopanem zastanawiano się, czy ratownictwo w Sudetach potrzebne jest przez cały rok, czy tylko w sezonie zimowym. Dlatego też kładziono ogromny nacisk, by ratownicy sudeccy oprócz  znajomości Sudetów dobrze jeździli na nartach.

© S.A.JAWOR | RATOWNICTWO GÓRSKIE

Marian do Grupy Sudeckiej GOPR wstąpił we wrześniu 1960 roku i po zdaniu egzaminu III stopnia PCK został ratownikiem sezonowym.

Pełniąc dyżury w karkonoskich schroniskach udoskonalił swoją jazdę na nartach i pod koniec sezonu należał już do najlepszych narciarzy Grupy. Zachwycał elegancką i skuteczną jazdą. Zarówno na otwartym terenie jak i po bramkach. Często, jak na trasie była większa grupa turystów demonstrował jazdę na jednej narcie. Ale charakterystyczne dla niego – nie starał się o uzyskanie tytułu instruktora narciarskiego, zadawalając się uprawnieniami pomocnika.

W marcu 1968 roku Marian brał udział w akcji na lawinisku w Białym Jarze

( po lewej – Marian Tworek (stoi twarzą do obiektywu) na lawinie w 1968 roku)

Był taternikiem, a pierwsze wejścia na skalnych drogach robił w Górach Sokolich, pod opieką Ryszarda Sałęgi. Wspinał się też w Śnieżnych Kotłach razem z Jerzym Woźnicą. Brał udział w szkoleniach drużyny górskiej z Batalionu WOP w Szklarskiej Porębie.

Prowadził liczne szkolenia wspinaczkowe w Grupie Sudeckiej. W 1975 roku był kierownikiem kursu II stopnia GOPR na Szwajcarce. Był aktywnym członkiem Jeleniogórskiego Klubu Wysokogórskiego.

 

 

W 1979 roku wziął udział w jeleniogórskiej wyprawie na Annapurnę.

 

Zdjęcie uczestników wyprawy. Pierwszy od góry z lewej – inicjator wyprawy mgr Jerzy Pietkiewicz.  Na dole, 4 od lewej Marian Tworek. Ostatni z prawej – Jerzy Woźnica.

Marian Tworek w 1984 roku prowadził ze mną biuro turystyczne w Śląskim Domu, organizujące wyjścia na Śnieżkę. Poznał wtedy Ankę, która została towarzyszkę jego życia.  Zrezygnował z działalności turystycznej i razem z Anką prowadził Biuro Rachunkowe. Zamienił mieszkanie na Wyczółkowskiego na zrujnowany parter wielkiej willi w Cieplicach. Wyremontował go zamieniając na luksusowy lokal. Kiedy wydawało się że ma ustabilizowane życie, ujawniła się u Niego choroba nowotworowa, która mimo starań najlepszych specjalistów przerwała Jego życie.

Odszedł po długich cierpieniach pod opieką Anki, która towarzyszyła mu do ostatnich chwil Jego życia.

Pożegnaliśmy go w słoneczny dzień czerwcowy. Odszedł na wieczną służbę w niebiańskich górach, gdzie pewno nadal czaruje jazdą na jednej narcie.

Cześć Jego pamięci!

 

St. Ratownik
Stanisław A. Jawor
Klub Seniorów
Grupy Karkonoskiej GOPR

O Stanisław Andrzej Jawor 10 artykułów
St. Ratownik Grupy Karkonoskiej GOPR