ROK 1960 – POCZĄTKI STOSOWANIA NOWYCH METOD RATOWNICTWA

NA ZDJĘCIU: WOJCIECH GĄSIENICA-WAWRYTKO III © RATOWNICTWO GÓRSKIE – ARCHIWUM

ROK 1960 – POCZĄTKI STOSOWANIA NOWYCH METOD RATOWNICTWA W TATRACH POLSKICH

ROK 1960 – POCZĄTKI STOSOWANIA NOWYCH METOD RATOWNICTWA

Autor: Eugeniusz Strzeboński, wieloletni Szef Szkolenia GOPR. Zmarł 10 XI 1978 kierując akcją ratunkową w Dolinie za Mnichem.

Artykuł ukazał się w TATERNIKU nr XXXVI, rok 1960, str.41-43


NOWE METODY RATOWNICTWA W TATRACH POLSKICH

Po otrzymaniu pierwszego alpejskiego zestawu ratowniczego zapanowała w Pogotowiu radość. „No, to teraz będziemy dopiero ratować”, mówili ratownicy.
Rozczarowanie przyszło szybko. Okazało się, że chcąc ratować przy pomocy nowego sprzętu trzeba najpierw się uczyć, uczyć i jeszcze raz uczyć. Zaczęło się żmudne szkolenie – szkolenie długie, trudne, nieraz z dramatycznymi momentami. Wielu się zniechęciło – nie starczyło im cierpliwości.
Pozostała grupka zapaleńców, którzy wierzyli, że z pomocą tego sprzętu można szybciej i lepiej ratować ofiary wypadków górskich. Z niecierpliwością i równocześnie z obawą oczekiwano wyprawy, na której można by użyć zestawu alpejskiego.
Doczekano się.
Pierwsza wyprawa może nie przebiegła zbyt sprawnie, ale zapaleńcy wygrali. Ci którzy poprzednio odeszli, teraz wrócili. Przeciwników przekonano. Coraz rzadziej padał argument „że to może i dobry sprzęt… ale w Alpach – nie u nas”. Potem były inne wyprawy. Wyprawy, które były najlepszą szkołą nowoczesnego ratownictwa, chociaż bywały na nich bardzo ciężkie chwile.

Dzisiaj możemy powiedzieć: umiemy posługiwać się nowoczesnym sprzętem ratowniczym. Na pokazie ratownictwa górskiego zdobyliśmy uznanie; pochwałę od specjalistów ­ ratowników austriackich.

To dużo, bardzo dużo. Nasze dążenie: w dalszym ciągu zasługiwać na pochwałę.
Ale wróćmy do alpejskiego zestawu ratowniczego, zwanego w skrócie zestawem alpejskim. Składa się on z linek stalowych, urządzeń pomocniczych (rolka hamująca, złącza do linek, karabinek obrotowy itd.) oraz dwóch urządzeń do transportu rannych: szelek Grammingera oraz wózka (czasem zwanego żartobliwie przez ratowników „kołyską”). Za pomocą zestawu alpejskiego można dokonać zjazdu do 400 m długości. Długość kolejki linowej – przy nachyleniu do 45° – może wy­nosić do 200 m.

Zależnie od rodzaju urazu i stanu ofiary wypadku można dokonać zjazdu z ofiarą w szelkach Grammingera lub też w wózku.

Utknięci w ścianie i ranni, którym nie grozi zemdlenie – są zwożeni w Grammingerze. Ciężko rannych, przy urazach kręgosłupa, złamanych żebrach – transportuje się w wózku.
Zjazdu z Grammingerem w zasadzie można dokonać wszędzie, niezależnie od formacji ściany. Przy zjeździe z wózkiem możliwości są ograniczone, np. nie można go stosować w węższych kominach. Przy pokonywaniu szerokich kominów i żlebów, przy zjazdach w skos – zakłada się kolejki linowe.

Zestaw alpejski to duże ułatwienie i usprawnienie akcji ratunkowych. Pozwala on na szybki i wygodny transport rannego ze ściany. Ale są i trudności. Ciężar całego zestawu jest duży, wskutek czego na wyprawę musi iść sporo ratowników, a mimo to ciężar sprzętu niesionego przez jednego ratownika jest nadmierny. Niektóre części zestawu nie dadzą się bowiem podzielić, np. bęben z linką, który waży około 14 kg, a na wyprawy tabiera się od 2 do 5 linek. Dochodzi do tego osobisty ekwipunek ratownika, sprzęt asekuracyjny itd. W czasie wyprawy na wschodnią ścianę Mięguszowiecklego Szczytu na jednego ratownika przypadało od 15 do 28 kg sprzętu ratowniczego.

Druga trudność – to brak łączności radiowej.

Wiemy jak czasem trudno porozumieć się na wspinaczce na długość liny, t j. tylko 30 m, a przecież zjazdy dokonane przez Pogotowie miały do 400 m długości – nieraz przy silnym wietrze, w nocy, we mgle, w ulewnym deszczu, w zimowej zawiei, w kruchym terenie… bez jakiejkolwiek łączności …
Samotny ratownik zawieszony na cienkiej lince o kilkadziesiąt czy kilkaset metrów od stanowiska, narażony na spadające kamienie i możliwość zaklinowania linki, nie mający ponadto łączności z kolegami na stanowisku asekuracyjnym – przeżywa ciężkie chwile. A potem zjazd z rannym…
I co ma zrobić ratownik nie mający kontaktu z asekurującymi go towarzyszami? Może tylko zaufać kolegom­ ratownikom, ich doświadczeniu, znajomości terenu… i szczęściu. Jak wielką odporność psychiczną musi mieć w takich warunkach ratownik? Co przeżywa ranny, który i tak jest już zszokowany wypadkiem?
Taki sposób ratowania jest ryzykowny. Czasem ryzyko bywa zbyt duże i nasuwa się pytanie: czy można sobie na to pozwolić? Zdawałoby się, że rozwiązanie sprawy jest zupełnie łatwe i proste: zakupić kilka lekkich radiotelefonów – i łączność jest!

Otóż trwające od kilku lat starania Pogotowia o radiotelefony nie dały rezultatów. Wiele instytucji i osób mniej lub więcej wpływowych – obiecywało: dostaniecie, ułatwimy zakup, zrobimy wam. I do tej chwili radiotelefonów nie ma, ale niebezpieczeństwo zjazdów bez łączności pozostało.

Odbiegłem może od tematu, ale co na sercu …
Chcę teraz trochę słów poświęcić wyprawom, na których używaliśmy zestawu alpejskiego. Po raz pierwszy użyto zestawu w czasie akcji ratowniczej na lewym filarze pn.-wsch. ściany Cubryny, w jego dolnej części. Dokonano tam 90 m zjazdu w szelkach Grammingera. Dalsza akcja, to Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem od północy. Zjazd miał 110 m długości. Ratownika wraz z ofiarą wyciągnięto do góry. Wyciąganie trwało 20 minut.
Kolejna akcja to wypadek śmiertelny pod Ciężką Przełączką. Z Dolinki Spadowej Ciężką Przełączkę założono kolejkę długości 110 m, a z przełączki dokonano 850 m zjazdu wózkiem wzdŁuż. Ze względu na kruchość terenu zmieniano stanowisko asekuracyjne co 200 m. Ostatni odcinek zjazdu miał 250 m. Przy wypadku pod Kościelcową Przełęczą zjazd do Kościelcowego Kotła wynosił 160 m. W zimie po raz pierwszy użyto zestawu alpejskiego przy wypadku w pn.-zach. ścianie Granatów w Zlebie Staniszewskiego. Zjazdu 90 m do ofiary wypadku, po czym 100 m z ofiarą w Grammingerze. Warunki zjazdu były bardzo ciężkie: gęsta mgła i wiatr ze śniegiem, utrudniający łączność głosową. Dodać do tego trzeba lawiny pyłowe, które chwilami były wręcz niebezpieczne.

Druga wyprawa zimowa zdobyła duży rozgłos.
Była to akcja ratownicza na pn.-wsch . ścianie Mnicha i pozostanie ona długo w pamięci ratowników.

Dużo się na to złożyło: trudności ściany, warunki zimowe, niespotykane do tego czasu trudności na stanowisku asekuracyjnym, brak łączności radiowej i zwłaszcza to, że akcja została przeprowadzona w nocy. Zjazd po tej ścianie w dzień nie należałby do łatwych, a zjazd w nocy? Przy świetle latarki, bez radiotelefonu, przy ciągle urywającej się łączności głosowej?
Może paść pytanie: dlaczego akcję przeprowadzono w nocy?
Szansa uratowania wiszącego na linie taternika wynosiła tylko 1 na 100, ale szansę tę należało wykorzystać. Decyzja rozpoczęcia akcji w nocy była trudna, bardzo trudna. Dokonano wówczas dwóch zjazdów: pierwszy 260 m, drugi 240 m. Akcję tę należy zaliczyć do najtrudniejszych.

Następna wyprawa, to akcja na pn.-zach. ścianie Niżnich Rysów.

Zastosowano tam inną taktykę niż zazwyczaj. Zarówno ofiary wypadku jak i ratownicy po zjazdach byli wyciągani do góry na grań. Zjazdów było cztery : dwa po 20 m i dwa po 60 m. Niepogoda i kruchość terenu złożyły się na to, że wyprawa była trudna i uciążliwa. Ze względu na kruchość skał nie można było założyć stanowiska wprost nad wyciąganymi, więc zrobiono to 15 m z boku i ratownik chcąc dostać się do ofiary musiał zrobić wahadło.
Na żabim Mnichu zjazd w Grammingerze miał 100 m. Wyprawa ta otrzymała nazwę „wodnej”. Do rannego, który był w górnej części pn.-zach. komina (Komin Świerza) ratownicy dostali się od dołu.
O zmroku doszedł do rannego ratownik ze śpiworem i apteczką. Drugiego ratownika w połowie ściany zaskoczyła ulewa, która zamieniła ścianę w jeden wodospad. Ratownik ten pozostał na ścianie przez całą noc w bardzo niewygodnej pozycji, uwięziony przez wodospady. Pozostali ratownicy zostali odcięci od ściany olbrzymim potokiem, który powstał nagle w żlebie spod Żabich Wrótek.
Dopiero o godz. 7 rano następnego dnia, kiedy przestało padać, można było przystąpić do akcji.

Wspomnianą już akcję na pn.-wsch. ścianie Mnicha uważa się za najtrudniejszą. Akcję na wsch. ścianie Mięguszowieckiego Szczytu należy określić jako niezwykle niebezpieczną.

Dokonano tam zjazdu w Grammingerze rekordowej długości – 400 m; czas trwania zjazdu 1 godz. 50 min. Ratownik zjechał z grani do rannego 140 m w 35 min. Opatrunek i wsadzenie rannego do Grammingera trwały 45 min., a 260-metrowy zjazd z rannym do Mięguszowieckiego Kotła 30 min. Na to, że wyprawa była niezwykle niebezpieczna złożyły się: kruchość skały, zwłaszcza w górnej części ściany, i przede wszystkim brak łączności radiowej. Po stu metrach zjazdu stracono zupełnie kontakt głosowy ze zjeżdżającym ratownikiem (silny wiatr). Dodać należy, że zjazd z rannym był ze stanowiska asekuracyjnego niewidoczny – linkę wypuszczano na „czucie”. Mimo tych trudności zjazd odbył się sprawnie i szybko. Na pn. ścianie Kozich Czub dokonano 70 m zjazdu z wózkiem w poprzek. Wypadek był ciężki (złamanie podstawy i sklepienia czaszki). Ranny był cały czas nieprzytomny. Zjazd był stosunkowo krótki , ale ze względu na stan rannego transport był trudny i wyczerpujący. W akcji na Apostołach rannego przetransportowano w wózku. Z Apostoła V założono 100-metrową kolejkę linową na grzędę Marusarzowej Turni, a następnie – niosąc wózek w rękach – zniesiono rannego do schroniska przy Morskim Oku.

Na zakończenie – porównania.

Akcja na pn.-wsch. ścianie Mnicha trwała około 16 godzin (wejście na Mnicha, założenie stanowiska, dwa zjazdy, likwidacja akcji). Ta sama akcja przy zastosowaniu starych metod ratownictwa trwałaby prawdopodobnie 2-3 dni przy użyciu dwukrolnie większej ilości ratowników niż przy akcji z zestawem alpejskim. Również trudności techniczne i niebezpieczeństwo byłyby znacznie większe.

Podobnie wyglądałaby akcja na wsch. ścianie Mięguszowieckiego Szczytu. Czas trwania akcji przypuszczalnie 2-3 dni, przy bardzo dużych trudnościach technicznych (znoszenie rannego, który nie mógł się poruszać). Również niebezpieczeństwo byłoby znacznie większe jak na Mnichu. Wpłynęłaby na to zarówno wielkość i kruchość ściany, jak i nagromadzenie trudności w dolnej części ściany, a dojście do rannego od góry byłoby zbyt niebezpieczne ze względu na kruchy teren.

Takie były początki stosowania nowych metod ratownictwa w Tatrach Polskich.

Eugeniusz Strzeboński 

 
Za udzielone na przedruk artykułu zezwolenie składamy
Redakcji „Taternika” nasze podziękowanie.
O Anna Kokesch - Antenka 174 artykuły
Anna Kokesch - w latach 1972-1974 kierownik administracji Zarządu GOPR