SPOD SMOGORNI DO ISLANDII

foto-źródło: Von Mickaël Delcey (Silverkey) - Eigenes Werk, CC BY-SA 3.0, Link

SPOD SMOGORNI DO ISLANDII

SPOD SMOGORNI DO ISLANDII

We wrześniu ubiegłego roku oglądałem przeźrocza z Islandii. Na spotkaniu fotografików w Przesiece (to dobre miejsce) wymienia się doświadczenia i prezentuje własne prace. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że niedługo będę właśnie tam, to pewnie bym się zaparł, że nie, i tyle. Jak to często i gęsto bywa w Rzeczypospolitej, przyszło mi szukać pracy, więc szukałem. Gdy czytałem ogłoszenia prasowe, mój wzrok zatrzymał się na rubryce mówiacej o pracy w Islandii. Do roboty !
Zabrałem się za kontaktowanie i po czasie pojechałem na casting do Warszawy, ponieważ pracodawca miał określone wymagania, jakie trzeba było spełnić. Rozmowa przebiegała nie po polsku, ale na tyle rzeczowo, że załapałem się na wyjazd. Czekałem aż formalności biurokratyczne się skończą, i 14 stycznia wraz z kilkunastoosobową grupą zaangażowanych osób, wyleciałem samolotem z Warszawy do Londynu. Czas oczekiwania na dalszy, nocny lot, część uczestników wypełniła wypadem do Cambridge – warto było.

Z Londynu do Keflaviku polecieliśmy liniami Iceland Expres.

Lądowanie około 2 w nocy – emocje z powodu silnego wiatru. Brrr…dmuchnęło zimnym powietrzem.
Islandczycy z firmy powitali nas serdecznie i samochodami pojechaliśmy na nocleg do Rejkjaviku. Pierwszy dzień był słoneczny. Rozglądaliśmy się z zaciekawieniem i gorączkowo, bo wszystko było interesujące. Jeszcze nikt z nas, poza Pawłem, nie widział ,”lodowni”. Miasto zwiedzaliśmy w czasie jazdy samochodem.
Po kolejnej nocy wyruszyliśmy dwoma busami na wschód wyspy. W jednym jechali koledzy z Islandczykiem a w drugim Paweł, Borys i ja. Jazda po zamarzniętych
drogach była ciekawa. Naturalnie, aparaty fotograficzne mieliśmy w pogotowiu i staraliśmy się ich używać. Chciałoby się pstrykać dosłownie wszystko.
Krajobraz przybrzeżny był piękny. Fiordy, fiordy i fiordy po prawej stronie Atlantyku aż po horyzont. Po stronie lewej – górki z przedziwnym układem geologicznym. Początkowo były to wzniesienia z zastygłej lawy wulkanicznej, przechodzące dalej w skały i bardziej górzysty teren. Śniegu wprawdzie było mało jak na zimę, za to lodu pod dostatkiem. Żartowaliśmy, że sprzedamy do kraju 500 ton lodu, do tego dodamy zaparzacz do lodu gratis, ale odbiór własny. Ze skalnych ścian, zboczy i żlebów widoczne były małe i duże wodospady a czasem lodowe ściany o barwach jasnego seledynu i błękitu.

Postrzępione granie miały fantastyczne kształty, podobne do tych ze Śnieżnych Kotłów w Karkonoszach lub Tatr.

Od morza wiał zimny porywisty wiatr ale pogoda była słoneczna. Pierwszy bus jechał szybciej więc musieliśmy podążać za nim podobnie. W pewnym momencie nie pomogły opony z kolcami i auto zaczęło ,,tańczyć oberka” w prawo i lewo, tak że wizja przyszłości sfilcowała nam się błyskawicznie. Udało nam się jednak wylądować nie 100 m niżej w atlantyckim fiordzie, lecz w zlodzonych trawach lewego pobocza. Mieliśmy włosy, bez żelu, na sztorc i blade twarze. Wyszliśmy z auta schłodzić atmosferę i po chwili ruszyliśmy dalej do przodu. Z tego zdjęć nie mamy, a szkoda.

Na kawę zatrzymaliśmy się w Steiru. Wymiana wrażeń trwała krótko i pojechaliśmy przed siebie. To wjeżdżaliśmy w wyższe górki, to zjeżdżaliśmy aż koło południa zatrzymaliśmy się w Vik na obiad. Zostało nam jeszcze pół drogi. Wiatr porywisty hulał – ale my kontynuowaliśmy podróż. Po chwili pierwszy bus zatrzymał się, a my pojechaliśmy dalej, nie przypuszczając , że koledzy mają jakieś kłopoty. Nie zauważyliśmy, że bryłki lodu niesione wiatrem wybiły w busie dwie boczne szyby. Postanowiliśmy jechać dalej do Eglistadir jako pierwsi, wszakże droga była tylko w jedną stronę – przed siebie. Po około godzinie zatrzymaliśmy się w malowniczym miejscu, w którym spływa do Atlantyku największy lodowiec Vatanajokull. Zrobiliśmy zdjęcia i podziwialiśmy wspaniałości natury.

Na jednym z podjazdów nasz bus ześlizgnął się na pobocze drogi.

Ruszyliśmy dalej z myślą , że koledzy jadą za nami. Bolały nas szyje od ciągłego kręcenia głowami na wszystkie strony za widokami. W podróży poznawaliśmy się coraz lepiej . Od początku eskapady dopisywał nam doskonały humor. Wkrótce nadciągnął zmrok. Z mapy zorientowaliśmy się , że do celu mamy jeszcze około 2 godzin jazdy. Droga stała się trudna. Strome podjazdy i zjazdy. Rzadko przejeżdżały samochody, bo była niedziela. Na jednym z podjazdów nasz bus ześlizgnął się na pobocze drogi. Naradzaliśmy się co robić dalej. Za chwilę z góry nadjechał pojazd drogowy na łańcuchach. Wyszedł z niego Islandczyk – bez dyskusji założył hol i wyciągnął naszego busa na samą górę. Podziękowaliśmy mu mówiąc „takk” po islandsku.

W Egilsstadir byliśmy około 20.

Dopiero za półtorej godziny dojechali spóźnialscy i dowiedzieliśmy się o ich drewnianych szybach w busie.
Dojazd na nocleg do Neskaupstadur na samym wschodzie tej wyspy zabrał nam następną godzinę. Tu mieszkaliśmy ponad miesiąc, dojeżdżając do Eskifjordur do pracy, na budowę. Kraj do którego przyjechaliśmy, zadziwiał każdego z nas. Malownicze wschody i zachody słońca. Kryształowo czyste niebo i woda. W osiedlach niewiele drzew, a oprócz nich porosty, trawy i krzewiny. Odmienne budownictwo prowokowało nas do dyskusji. Ja wolałem spoglądać na górki, bo lubię. Islandczycy jeżdżą samochodami terenowymi wyposażonymi w opony z kolcami, bo to jest konieczne na lodowych nawierzchniach. Napęd 4WD, i po problemie na drogach i bezdrożach. Oświetlenie elektryczne jest tanie, bo uzyskuje się je z elektrowni wodnych, których jest wiele – na każdym niemal strumieniu.
,,O!” , pomyślałem zaraz – żeby tak wreszcie ktoś z decydentów zmądrzał, to…

Tutejsza geologia gór przypomina odkrywkową kopalnię w Turoszowie.

Iluminacja świetlna wygląda bajecznie, jak na kolorowych obrazkach. W tym krajobrazie przyzwyczailiśmy się do życia w nowym dla nas otoczeniu. Pierwsze dni, bo dalsze to już na budowie. Pracowaliśmy razem z Litwinami i Islandczykami, którzy wcześniej przyjechali tu do pracy. W zasadzie nie mieliśmy kłopotów z kontaktowaniem się między sobą.
Pewnego dnia przy mroźnej pogodzie pracowałem z jednym z Islandczyków. Harry zwrócił się do mnie mówiąc – ,, Marius, Syberia” i pokazał śnieżną zadymkę.
Odpowiedziałem niedbale -,,Harry, Alaska” i machnąłem ręką.
Pomyślałem o pogodzie w naszych Karkonoszach. Internet, który przeglądaliśmy, informował o dużych opadach śniegu w całym kraju. Tu natomiast było trochę śniegu , który spadł pod koniec 2004 roku. Temperatury były umiarkowane czyli od -8 do +8 st. C.
Tutejsza geologia gór przypomina odkrywkową kopalnię w Turoszowie. Wysokości szczytów nie przekraczają 1200 m od poziomu morza. Głębokości w fiordach dochodzą nawet do 900 m. Niekiedy wiatr niesie zapach ryb z pobliskiej przetwórni.

Przez kilka wieczorów, powracając z pracy samochodem łatwo dostrzegliśmy na niebie falującą zorzę polarną.

Z czasem spowszedniała nam oglądana panorama. Od czasu do czasu spotykaliśmy również Polaków pracujących tu przy różnych zajęciach. W dni wolne, kilku z nas korzystało z kąpieli na odkrytym basenie. Temperatura wody wynosiła + 30 st.C a powietrza -8 st. C. W jakuzzi natomiast miała +42 st. C i to była frajda – można się było wygrzewać i patrzeć na wierzchołki gór otaczające fiord.
Ach, żeby tak przenieść to, choć częściowo w Karkonosze! Marzenie i utopia. A może odmiana surrealizmu ?

Z krajem mieliśmy kontakt każdego dnia. 8 lutego, z internetu dowiedziałem się o tragedii nad Małym Stawem.

W lawinie zginęli dwaj koledzy z GOPR-u. Nie do wiary, a jednak prawda. Byłem wstrząśnięty i zasmucony oraz zły jednocześnie, że nie byłem tam wśród swoich, kiedy była potrzeba. W górach Islandii zimą też jest zagrożenie lawinowe gdy są obfite opady śniegu. Obowiązuje wtedy zakaz poruszania się w górach. Ruch turystyczny zaczyna się dopiero z nadejściem lata. Wtedy możliwe jest wędrowanie wyznaczonymi trasami i szlakami. Nad wędrowcami czuwają zintegrowane służby Czerwonego Krzyża.
Do pracy dojeżdżaliśmy terenówkami. Borys i ja zmienialiśmy się za kierownicą. Nie mieliśmy jednak czasu, żeby zwiedzić całą wyspę, bo przyjechaliśmy tu przecież do pracy. Mimo że zarabialiśmy, gospodarowaliśmy oszczędnie, ponieważ ceny były dla nas zbyt wysokie.
Pewnego dnia rano, kiedy wstało słońce, po przeciwnej stronie zachodził księżyc. Zachwycony widokiem srebrnej tarczy opartej na grani pobliskich gór pobiegłem po aparat fotograficzny. Księżyc wyglądał majestatycznie. Wzniesiony wysoko jak komunikant w skalnych dłoniach. Zaraz po moim powrocie z aparatem szybko znikał i nie pomogła gonitwa za nim aż na siódme piętro. Pełna tarcza po prostu zanikła i w następnych dniach więcej się nie pokazała.

Można by ulec zauroczeniu tutejszym światem, bo tylko Stwórca mógł tak pięknie wszystko poukładać.

Dni upływały dość szybko i nadszedł czas powrotu. Kilku kolegów pozostało, a ja i jeszcze dwóch, wracaliśmy do Polski. Tym razem z Egilstadir do Rejkjaviku lecieliśmy samolotem.
Ostatnie spojrzenia z okna Fokkera na ląd, na Islandię, mieszały się z myślą o rychłym spotkaniu moich Karkonoszy. Dalszą podróż do Londynu,  też kontynuowaliśmy samolotem. Wystartowaliśmy, a ja łykiem whisky pożegnałem „lodownię”,  jak potocznie nazywaliśmy Islandię. Wylądowaliśmy wieczorem w Londynie i po noclegu w hotelu, rano polecieliśmy do Warszawy. Stolica w śniegu i bardziej zimno jak tam – bliżej północy.

Wracałem autobusem do Jeleniej Góry, i wreszcie, do Przesieki.

Faktycznie śniegu tyle, że oniemiałem z wrażenia. Pogoda słoneczna, a z nią wspaniała panorama gór. Spoglądając na nią myślałem o świetnych warunkach narciarskich i patrzyłem na Kocioł Smogorni. Tam jest bajecznie i cicho jak w Islandii. Snułem plany, żeby znaleźć się w górach w niedługiej perspektywie, i to mi się udało. Za kilka dni dyżurowałem w rejonie Karpacza. Po dyżurze zamiast jechać autobusem, postanowiłem wrócić ze Strzechy Akademickiej przez Słonecznik,  i oczywiście Smogornię,  do Przesieki. Przy Słoneczniku zatrzymałem się. Żywego ducha, tylko lekko wiejący wiaterek i zachodzące słońce.
Połączyłem się ze stacją GOPR, podając trasę patrolu. Zapiąłem narty i zjechałem bezpiecznym terenem przez zaśnieżone stoki. Chatka była zamknięta,  więc przecinkami i dróżkami zjechałem w krótkim czasie do Przesieki.
A czy jeszcze kiedyś wrócę tam, gdzie mi się przedtem nie śniło, że będę ? Tego nie wiem, ale warto było zobaczyć odmienność świata.

Mariusz Czerski
Przesieka, kwiecień 2005 r.

 

O Mariusz Czerski 19 artykułów
Ratownik Grupy Karkonoskiej GOPR