Hules! Hules! Hules!

Hules! Hules! Hules!

Ten okrzyk rozbrzmiewał kiedyś na połoninach w Karpatach Wschodnich i chyba czas, by doń wrócić, a przynajmniej przypomnieć jego pochodzenie i nie dziwić się,

gdy ktoś nas w ten sposób w górach pozdrowi, bo to dowód, że widzi w nas rasowego turystę.

     Sam usłyszałem je po raz pierwszy w 1978 roku, gdy jako uczeń technikum leśnego samotnie wędrowałem z Berehów na Wielką Rawkę. Spotkałem idącą z przeciwka starszą panią z kijaszkiem i węzełkiem . Zanim zdążyłem powiedzieć :

„dzień dobry”, ona z daleka krzyknęła do mnie:  „Hules! Hules! Hules!”

Byłem tym mocno zaskoczony, wpierw nawet pomyślałem, ze chce mnie obrazić. Wywiązała się jednak między nami uprzejma rozmowa, z której wynikło, że mam do czynienia z Eugenią Rudnicką, znakomitą turystką, która chodziła po naszych górach jeszcze z Mieczysławem Orłowiczem, a teraz przyjechała z grupą dawnych znajomych lwowiaków do Ustrzyk Górnych. Jej koledzy poszli na Wielką Rawkę, a ona, jako słabsza, została z tyłu, ale też zmierza na ten szczyt.

Była przekonana, że Rawka :”to ta góra z triangułem” – mówiła, wskazując na Połoninę Wetlińską z ostrym dachem schroniska.

 

 

Wielka Rawka (1307 m.n.p.m, – najwyższy szczyt pasma granicznego w Bieszczadach Zachodnich.

Rozciąga się stąd panorama na wszystkie masywy pasma połonin, pasmo graniczne, Bieszczady Wschodnie, Połoninę Równą oraz góry Słowacji.

Chwilę trwało, zanim przekonałem ją, że kilka kilometrów wcześniej minęła zejście niebieskiego szlaku na Rawkę. Wyjęła nawet z zawiniątka skopiowaną na powielaczu austriacką mapę wojskową z końca XIX wieku i przy pomocy lupy próbowała udowodnić, że ma rację. W końcu dała się jednak przekonać i postanowiła, że pójdzie ze mną, ścieżką na Rawki. Pani Eugenia miała wówczas około 75 lat. Szlaku z Wyżniańskiej Przełęczy jeszcze nie było, a bacówkę zaczynano dopiero budować.

W drodze na szczyt zapytałem moją towarzyszkę, co znaczą słowa usłyszane przy powitaniu. I wtedy opowiedziała mi historię, która wtedy wydawała mi się jak z innej bajki.

    Otóż historia ma swe korzenie na początku XX wieku, gdy wyjazdy mieszkańców Lwowa i innych miast galicyjskich w Czarnohorę przybrały postać masową. Pewnego razu do pociągu relacji Lwów-Jaremcze rodzice odprowadzili młodą dziewczynę, polecając jej wysiąść na stacji w Jaremczu, gdzie miał na nią czekać ktoś o nazwisku Hules. Dziewczę, gdy dojechało do celu, wyskoczyło z pociągu i zaczęło biegać po peronie krzycząc:

Hules! Hules!

Ktoś z pasażerów z sympatii do dziewczyny zaczął powtarzać:

Hules! Hules! Hules!.

Wkrótce na całej stacji, a wieczorem i w pensjonatach pokrzykiwano: Hules! Hules! Hules! Nazajutrz, kto wyszedł w góry, witał napotkanych na szlaku wołając:

Hules! Hules! Hules!

Po jakimś czasie pozdrowienie przyjęło się wśród turystów we wschodniej części Karpat i wielu, nawet nie znając jego pochodzenia, pozdrawiało się Hules! Hules! Hules!

    Gdy po wojnie utraciliśmy Gorgany i Czarnohorę, słowo „Hules” poszło w zapomnienie i tylko grupa dawnych przyjaciół Mieczysława Orłowicza z Akademickiego Klubu Turystycznego zachowała je jako organizacyjne i trochę nawet konspiracyjnie używane pozdrowienie.

 Zapomniałem tę historię na długo i dopiero, gdy kilka lat temu usłyszałem w górach „Hules” ponownie, uznałem, że warto je propagować. Przecież Bieszczady do Karpat Wschodnich należą, zatem niech i z naszych połonin słychać będzie:

Hules! Hules! Hules!

 

Edward Marszałek
Ratownik Senior Grupy Bieszczadzkiej GOPR
Udostępnij wpis :