50 ROCZNICA WYPRAWY NA BROAD PEAK MIDDLE (8011 m). Z tej okazji publikujemy dziś, 28 lipca 2025 roku, sprawozdanie z tej wyprawy, które opracowal jej Organizator – Stanisław Anioł.
SPRAWOZDANIE Z WYPRAWY SPORZĄDZONE PO PIĘĆDZIESIĘCIU LATACH OD JEJ ZAKOŃCZENIA
Lipiec 2025
PÓŁ WIEKU TEMU.
28 lipca 2025 roku mija 50 lat od zdobycia pierwszego szczytu ośmiotysięcznego przez Polaków – Broad Peak Middle – 8011 m. Dokonała tego wyprawa zorganizowana przez Klub Wysokogórski we Wrocławiu. Wyprawa zakończyła się sukcesem, lecz miała finał tragiczny. W zejściu zginęło trzech, z pięciu zdobywców szczytu.
Tekst niniejszy jest sprawozdaniem z wyprawy, napisanym po 50 latach, które nie zostało napisane tuż po zakończeniu wyprawy w 1975 r.
WPROWADZENIE.
Szczytów ośmiotysięcznych na świecie jest 14. Jest jednak tak, że w masywie niektórych ośmiotysięczników znajdują się wybitne szczyty o niższej wysokości. Tak jest w masywie Broad Peak, w którym znajdują się trzy wierzchołki: Broad Peak Główny o wysokości 8051 m, Broad Peak Środkowy o wysokości 8011 m i Broad Peak Północny o wysokości 7490 m.
Wierzchołek główny jako pierwsi zdobyli w roku 1957 Austriacy: Hermann Buhl, Kurt Diemberger, Marcus Schmuck i Fritz Wintersteller. Pozostałe dwa wierzchołki nie zostały zdobyte, jako że w latach 60-tych i na początku lat 70-tych XX wieku, obszar Karakorum został przez władze pakistańskie zamknięty z powodu istniejącego do dziś konfliktu o Kaszmir pomiędzy Pakistanem i Indiami. Z początkiem lat 70-tych władze Pakistanu udostępniły rejon Karakorum dla wypraw, z czego nasza wyprawa skorzystała.
DLACZEGO BROAD PEAK MIDDLE.
Wszystkie główne ośmiotysięczniki zostały zdobyte w latach 50-tych i z początkiem lat 60-tych, niestety bez udziału Polaków. Powodów tego stanu było kilka, najważniejsze to żelazna kurtyna i brak odpowiedniej kadry. Starsi od nas wiekiem i stażem członkowie Klubu Wysokogórskiego, którzy w tym wyścigu o 8-tysięczniki mogli uczestniczyć albo nie mieli siły przebicia i możliwości technicznych, albo nie mieli fantazji i ochoty.
Nasze pokolenie, które potem stanowiło o złotym okresie himalaizmu polskiego dopiero dorastało do pełnoletniości. Jeździliśmy w Alpy, Kaukaz, Pamir, Hindukusz, zdobywając doświadczenie, które nam się póżniej przydało.
Pomysł zorganizowania wyprawy na szczyt 8-mio tysięczny wyszedł od Janusza Fereńskiego, który miał zawsze wiele różnych pomysłów. W roku 1974 przedyskutowaliśmy ten pomysł w szerszym gronie i padło na Broad Peak Middle z kilku powodów. Po pierwsze był to samodzielny szczyt, przekraczający wysokość 8000 m. Po drugie nie był dotychczas zdobyty. Po trzecie żadna z organizowanych, głównie przez Andrzeja Zawadę i Janusza Kurczaba tak zwanych wypraw centralnych lub polskich nie zdobyła do tego czasu szczytu 8-mio tysięcznego – była więc okazja utrzeć im nosa.
Te argumenty spowodowały, że przystąpiliśmy ochoczo do organizacji wyprawy.
ORGANIZACJA WYPRAWY.
Zorganizowanie w tamtych czasach tak dużej wyprawy było wielkim wyzwaniem organizacyjnym i finansowym. Ponieważ ja stanowiłem „centralę” organizacyjną, pamiętam, że lista spraw do załatwienia wynosiła kilkaset pozycji i bardzo wolno się skracała. Z powodu bardzo ograniczonego budżetu, zwłaszcza w dewizach, całe wyposażenie wyprawy musieliśmy zabrać z Polski, od sprzętu wspinaczkowego i odpowiedniej odzieży zaczynając, a na przyprawach do zupy i zapałkach kończąc.
Duże problemy były z zakupem sprzętu wspinaczkowego jak czekany, raki, okulary itp, które zakupiliśmy w austriackiej firmie Stubai (przydziały dewiz, zezwolenia, cło). Duży problem był z kartuszami z gazem, których w Polsce nie było. Marian Sajnog załatwił je gdzieś we Francji, a do Wrocławia dostarczyła je Kuria Arcybiskupia swoim transportem. Kurtki puchowe były szyte na miejscu przez ekipę damską Klubu Wysokogórskiego.
W tych czasach jeszcze nie były stosowane płatne reklamy, niemniej istniała już forma sponsoringu w ramach której wiele przedsiębiorstw z Dolnego Śląska pomagało zorganizować to przedsięwzięcie. Wśród nich były: Jelczańskie Zakłady Samochodowe, KGHM, Wytwórnia Sprzętu Sportowego w Wałbrzychu, Bielbaw, Zakłady Mięsne we Wrocławiu, wojsko i wiele innych.
Nad sponsoringiem czuwał Jan Konachowicz, który wtedy pełnił bardzo ważną funkcję we władzach politycznych. Wsparcia organizacyjnego finansowego udzielali Zbigniew Nadratowski – wojewoda dolnośląski oraz Wojewódzki Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki z Władysławem Igielskim i Zbigniewem Kozubkiem na czele. Wyprawę wsparł finansowo ówczesny wiceminister w Ministerstwie Finansów Marian Krzak, przydzielając pulę siedmiu tysięcy dolarów.
I tak, dzięki wielu ludziom dobrej woli i własnemu wysiłkowi, udało nam się to wszystko ogarnąć, a wszystkie dobra zgromadzić w piwnicach willi Barbary i Andrzeja Polańskich na Sępolnie ( prywatnie siostra i szwagier Janusza Fereńskiego), gdzie nastąpiło pakowanie do pojemników tekturowych, zwanych potocznie bębnami, po produktach używanych do produkcji środków czystości w POLLENIE Wrocław.
SKŁAD OSOBOWY WYPRAWY.
Po dyskusjach i zatwierdzeniach przez Komisję Sportową Polskiego Związku Alpinizmu, ustalono skład osobowy wyprawy składający się z członków Klubu Wysokogórskiego we Wrocławiu, dwuosobowej ekipy z Jeleniej Góry oraz trzech osób z innych środowisk.
EKIPA WROCŁAWSKA.
Janusz Fereński – kierownik wyprawy, lat 33, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, sędzia Sądu Gospodarczego (wtedy zwanego Komisją Arbitrażową) w Dzierżoniowie.
Stanisław Anioł – lat 33, absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej o specjalności budowa statków śródlądowych, pracownik Centrum Badawczo Projektowego Żeglugi Śródlądowej NAVICENTRUM we Wrocławiu.
Tadeusz Barbacki – odpowiedzialny za transport oraz kierowca ciężarówki z wyposażeniem wyprawy – lat 43, absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Krakowskiej, kierownik Działu Badań w Jelczańskich Zakładach Samochodowych.
Roman Bebak – lat 33, absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, adwokat w Kancelarii Adwokackiej w Kłodzku.
Kazimierz Głazek – lat 36, absolwent Wydziału Matematyki Uniwersytetu Wrocławskiego, pracownik naukowy w Instytucie Matematyki Uniwersytetu Wrocławskiego.
Wojciech Jonak – lekarz wyprawy lat 39, absolwent Akademii Medycznej we Wrocławiu, lekarz laryngolog w Wojewódzkim Szpitalu im. J. Babińskiego we Wrocławiu.
Jan Juszkiewicz – lat 32, absolwent Wydziału Elektroniki Politechniki Wrocławskiej, pracownik naukowy Instytutu Metrologii Politechniki Wrocławskiej, dodatkowa funkcja w czasie wyprawy – utrzymywanie w sprawności środków łączności.
Marek Kęsicki – lat 25, absolwent Wydziału Budownictwa Politechniki Wrocławskiej pracownik naukowy Wydziału Inżynierii Lądowej Politechniki Wrocławskiej.
Janusz Kuliś – lat 25, absolwent Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej o specjalności budowa statków śródlądowych, pracownik Wrocławskiej Stoczni Rzecznej.
Nowaczyk Bohdan – lat 28, absolwent Wydziału Elektroniki Politechniki Wrocławskiej, pracownik w fabryce sprzętu AGD we Wrocławiu.
EKIPA Z JELENIEJ GÓRY.
Marian Sajnog – lat 36, absolwent Akademii Wychowania Fizycznego we Wrocławiu, Naczelnik Grupy Sudeckiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, pracownik etatowy GOPR w Jeleniej Górze, dodatkowa funkcja w czasie wyprawy – zapasowy kierowca ciężarówki.
Jerzy Woźnica – lat 28, etatowy ratownik Grupy Sudeckiej Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w Jeleniej Górze.
POZOSTALI CZŁONKOWIE WYPRAWY.
Andrzej Skoczylas – operator filmowy, lat 36, pracownik Wojskowej Wytwórni Filmowej CZOŁÓWKA, członek Klubu Wysokogórskiego w Krakowie.
Na wniosek Polskiego Związku Alpinizmu, w celu wzmocnienia składu, do wyprawy dołączyli:
Zbigniew Jurkowski – lat 38, dziennikarz, pracownik redakcji Tygodnika Powszechnego w Warszawie, członek Klubu Wysokogórskiego w Warszawie.
Andrzej Sikorski – lat 27, dziennikarz, absolwent SGPiS oraz Instytutu Dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, pracownik redakcji Przeglądu Gospodarczego, członek Klubu Wysokogórskiego w Warszawie.
Do wyprawy został przydzielony przez władze pakistańskie oficer łącznikowy kapitan Abdul Ghani – oficer armii pakistańskiej .
GOŚĆ WYPRAWY.
W trakcie karawany spotkaliśmy schodzące w dół dwie uczestniczki kobiecej wyprawy na Gasherbrum. Jedna to Czeszka, która zachorowała na malarię, druga to Ewa Abgarowicz zawodowy fotografik, która po sprowadzeniu chorej zgodnie z poleceniem kierowniczki wyprawy już miała nie wracać do bazy pod Gasherbrumem. Pomyśleliśmy sobie, że to nie jest w porządku i poradziliśmy Ewie żeby odszukała naszego rannera, który za kilka dni miał się udać z dołu do naszej bazy z pocztą i żeby z nim przyszła. Tak się też stało i Ewa dotarła do naszej bazy. Dzielnie się spisywała jako wspinacz, a przy tym zrobiła nam wiele pięknych zdjęć. Po jakimś czasie powędrowała pod Gasherbrum.
DOJAZD.
Po dokonaniu odprawy celnej i załadowaniu bagażu wyprawy na samochód ciężarowy JELCZ 315M, udostępniony nieodpłatnie i przygotowany specjalnie dla wyprawy przez Jelczańskie Zakłady Samochodowe pod fachowym nadzorem Tadka Barbackiego, ekipa samochodowa w składzie: Tadek Barbacki i Marian Sajnog jako kierowcy oraz Janusz Kuliś do towarzystwa, wystartowała z Wrocławia 2 maja i po przejechaniu około 9000 km przez Czechosłowację, Węgry, Bułgarię, Turcję, Iran, Afganistan, dotarła bez komplikacji do Islamabadu w Pakistanie 21 maja.
Główna grupa wyprawowa udała się do Islamabadu przetartym wcześniej szlakiem: z Warszawy do Moskwy i dalej do Samarkandy – samolotem, z Samarkandy w kierunku Taszkientu – pociągiem, który ekipa nielegalnie opuściła w „nieistniejącym” mieście Termez na pograniczu rosyjsko – afgańskim. Po krótkich pertraktacjach z rosyjskimi „pogranicznikami”, zostaliśmy przeprawieni statkiem przez rzekę Amu-darię do Afganistanu. Dalej było już normalnie.
Wynajmowanymi busami przez Mazar-i Szarif, Kabul, Jallabad do Islamabadu w Pakistanie. Trasa ta była już wcześniej przez nas obadana i nie było większych problemów, zwłaszcza granicznych. Cała ekipa wyprawy spotkała się w Islamabadzie 25 maja. Po kilkudniowym rutynowym przepakowaniu bagażu, byliśmy gotowi do dalszej drogi.
PRZELOT.
Z Islamabadu trzeba się było dostać do miejscowości Skardu, gdzie zaczynała się właściwa organizacja dojścia pod Broad Peak. W tym czasie nie było żadnej możliwości dostania się do Skardu drogą lądową. Pozostawała tylko komunikacja lotnicza, która też nie była sprawą prostą. Samolot po wystartowaniu z lotniska w Islamabadzie musiał szybko wznieść się na dużą wysokość aby ominąć ośmiotysięcznik Nanga Parbat, po czym musiał zanurkować w jedną z rozlicznych dolin, na końcu której, nad rzeką Indus, znajdowało się polowe trawiaste lotnisko w Skardu.
Lotnisko nie miało żadnego systemu naprowadzania i łączności, a lądowanie zależało tylko od pogody i umiejętności pilotów. Linia była obsługiwana przez pilotów wojskowych przy użyciu samolotu transportowego Herkules C-130.
Najmniejsze pogorszenie pogody jak mgła, lub niski poziom chmur, powodowały że loty były odwoływane. Z tego powodu manewry z naszym odlotem trwały kilka dni. W końcu się udało i wylądowaliśmy w Skardu.

KARAWANA.
Pierwsze przygotowania do karawany pod Broad Peak musieliśmy poczynić w Skardu. Dotyczyło to zakupu artykułów spożywczych dla tragarzy jak mąka, ryż, soczewica itp., jako że powyżej Skardu nie było już możliwości zakupu gdyż na trasie karawany było tylko kilka małych wiosek. W Skardu załadowaliśmy cały nasz ekwipunek plus wyżywienie dla tragarzy na zdezelowane jeepy i traktory, które nas dowiozły do miejscowości Saha ( dalej wtedy się nie dało z powodu braku jakiejkolwiek drogi ), gdzie nastąpiła organizacja właściwej karawany.
Z licznej grupy chętnych, przy udziale miejscowego naczelnika wsi i naszego oficera łącznikowego, wybrano ekipę tragarzy w liczbie 186 osób. Tragarze oprócz wyposażenia wyprawy nieśli dla siebie wyżywienie, stąd taka ich ilość. Karawana po drodze sama się „zjadała” i część tragarzy była odsyłana po zjedzeniu bagażu, który nieśli.
Do miejsca zwanego Concordią na wysokości około 4600 m, gdzie lodowiec Baltoro łączy się z lodowcem Godwin Austen, karawana wędrowała przez 16 dni.
Po drodze były próby strajków, ale daliśmy sobie z tym radę. Problem wystąpił po dojściu do Concordii, gdzie po sporym opadzie śniegu tragarze uciekli w dół.
Pozostało kilkunastu najtwardszych, którzy donieśli kilkanaście ładunków do miejsca, gdzie założyliśmy bazę główną wyprawy (jeden dzień drogi od Concordii).
Pozostałe ładunki pozostały na Concordii i w „wolnym” czasie znosiliśmy je sami do bazy. Baza wyprawy została założona 30 czerwca na wysokości nieco ponad 5000 m. Część ekipy zakładała bazę, część donosiła ładunki z Concordii, żeby nie tracić czasu.
Kazek Głazek, Marek Kęsicki i Andrzej Sikorski rozpoczęli wspinaczkę do miejsca gdzie stanął obóz pierwszy. Żeby skrócić drogę do obozu I, wybrali wejście skalnym kominem, a nie polem śnieżnym którym wszyscy obecnie wchodzą. Było trudniej i niebezpieczniej, ale za to krócej. Po zaporęczowaniu komina, do końca wyprawy korzystaliśmy z tej drogi dojścia do obozu I.
KONKURENCJA.
Nasza koleżanka z Klubu Wysokogórskiego we Wrocławiu Wanda Błaszkiewicz, potem znana jako Rutkiewicz, która od początku swojej kariery wspinaczkowej była w naszej paczce, postanowiła zorganizować wyprawę kobiecą, rezygnując z naszej oferty uczestnictwa w wyprawie na Broad Peak Middle. Jak to Wanda, jak coś wykombinowała to i zrobiła. Kierując się podobnie jak my chęcią zdobycia pierwszego ośmiotysięcznika przez Polaków, zorganizowała kobiecą wyprawę na Gasherbrum. Całkiem kobieca to ta wyprawa nie była, bo oprócz 7- miu kobiet było 7- miu facetów.
Zastanawialiśmy się, kto na tej wyprawie jest najładniejszy: czy Onyszkiewicz, czy Łapiński, a może Janas?
Trasa karawany do Concordii pokrywała się z naszą, z tym że Wanda wystartowała tydzień wcześniej, żeby nas wyprzedzić. W sumie ten wyścig wygraliśmy jednak my, bo Broad Peak Middle został przez naszą wyprawę zdobyty tydzień wcześniej niż Gasherbrum.
SUKCES I TRAGEDIA.
Szło nam bardzo dobrze. Cała ekipa łącznie z oficerem łącznikowym parła do góry. Zakładanie obozów I, II i III i ich zaopatrzenie szło na tyle sprawnie, że pierwsza przymiarka do ataku szczytowego była już 22 lipca, czyli po trzech tygodniach od założenia bazy. Pogoda jednak udaremniła próbę. Po ponownym uzupełnieniu wyposażenia obozów, 26 lipca, dwa trzyosobowe zespoły: Kazek Głazek, Bohdan Nowaczyk, Andrzej Sikorski oraz Roman Bebak, Janusz Kuliś i Marek Kęsicki wyruszyli z bazy do ponownego ataku.
Pod przełęczą pomiędzy wierzchołkiem głównym a środkowym, z udziału w ataku szczytowym zrezygnował Roman Bebak, który wrócił do obozu III gdzie czekał na powrót kolegów atakujących szczyt.
Pozostała piątka, już jako jeden zespół, po pokonaniu ściany skalnej nad przełęczą, wyszła na wierzchołek Broad Peak Middle, zdobywając jako pierwsi Polacy szczyt 8-mio tysięczny. Było to pod koniec dnia 28 lipca 1975 r.
Nastający zmierzch i nagłe załamanie pogody zmusiły zespół do szybkiego powrotu. Tragedia zaczęła się, gdy zjeżdżający na linie jako ostatni ze skalnej ściany Bohdan Nowaczyk nie dotarł na czekających na przełęczy kolegów. Zaginął wraz z jedyną liną jaką zespół posiadał.
Wejście lub zejście z przełęczy przy dobrych warunkach atmosferycznych nie stanowiło problemu. Przy huraganowym wietrze, mrozie i zerowej widoczności z powodu śnieżycy było to niemożliwe. Po spędzeniu nocy na przełęczy przy nadal ekstremalnych warunkach pogodowych, zaczęli schodzić indywidualnie mając do dyspozycji jedynie sprzęt osobisty. Udało się to jedynie Kazkowi Głazkowi i Januszowi Kulisiowi, po których wyszedł czekający w obozie III Romek Bebak.
Po Marku Kęsickim nie było śladu. Na Andrzeja Sikorskiego natrafiła schodząca dwójka poniżej przełęczy. Mimo braku odznak życia próbowali go jednak reanimować, ale bez skutku.
Janusz Kuliś miał odmrożone stopy, Kazek Głazek niegroźnie palce u rąk. Po schodzącą trójkę wyszedł Jasiu Juszkiewicz i cała czwórka dotarła do bazy, gdzie Januszem i Kazkiem zajął się lekarz, czyli Wojtek Jonak. Reszta ekipy przepatrywała przez lornetki teren, gdzie mógł się zsunąć Marek, niestety bezskutecznie. Uczestniczyło w tym również kilku Austriaków, którzy w tym czasie przypadkowo pojawili się w naszej bazie.
POWRÓT Z GÓR.
Po dwóch dniach obserwacji podjęto decyzję o zwijaniu bazy i powrocie do Islamabadu. Tadek Barbacki zdążył jeszcze wyryć w kamieniu leżącym obok bazy nazwiska i datę śmierci naszych kolegów.
W pierwszej kolejności w dół została odesłana dwójka: Tadek Barbacki i Staszek Anioł, której celem było jak najszybsze dotarcie do Islamabadu i sprawdzenie czy samochód wyprawy jeszcze tam jest i czy da się go uruchomić. Manewr ten się udał. Cała pozostała grupa schodziła wolniej, eskortując Janusza Kulisia, który miał problemy z odmrożonymi nogami i trzeba było mu pomagać w trudnym terenie. Po pewnych perturbacjach z powodu pogody na lotnisku w Skardu, cała grupa dotarła do Islamabadu.
POWRÓT DO KRAJU.
Z Islamabadu powrót do Polski odbywał się w grupach. Pierwsza grupa: Staszek Anioł, Tadek Barbacki i Zbyszek Jurkowski udali się przez Afganistan, Termez do Taszkientu drogą lądową, a dalej samolotami przez Kijów do Warszawy. Druga grupa: poszkodowani Janusz Kuliś i Kazek Głazek w asyście lekarza Wojtka Jonaka z Islamabadu do Kabulu drogą lądową, a z Kabulu do Taszkientu i dalej przez Kijów do Warszawy i Wrocławia samolotami. Janusz Kuliś wprost z lotniska został dostarczony do Szpitala Kolejowego, gdzie amputowano mu odmrożone palce u nóg. Trzecia grupa podobnie jak pierwsza przez Afganistan, Taszkient, Kijów doleciała do Warszawy.
Pozostałym dwóm uczestnikom wyprawy Marianowi Sajnogowi i Jurkowi Woźnicy, przypadł w udziale powrót wyprawowym samochodem ciężarowym.
Marian Sajnog jako kierowca ustanowił na pewno niepobity przez 50 lat rekord trasy z Islamabadu do Wrocławia, który wynosi 7 dni.
EPILOG.
Po powrocie wyprawy do Polski nastąpił ciąg dalszy różnych problemów. Pomijając sferę psychiczną uczestników wyprawy z powodu utraty kolegów, powróciły jeszcze niezałatwione do końca przed wyprawą zobowiązania finansowe. Z pomocą przyszedł niezawodny Wojewoda Dolnośląski Zbigniew Nadratowski, który pomógł poprzez Wojewódzki Komitet Kultury Fizycznej i Turystyki załatwić zaległe zobowiązania oraz żonie Bohdana Nowaczyka, która pozostała z małym dzieckiem, przydzielił mieszkanie.
Dziwny klimat natomiast zapanował wśród elit Polskiego Związku Alpinizmu. Nie mogli się pogodzić z faktem, że nie Polska czy Narodowa wyprawa, ale jakaś tam wrocławska zdobyła pierwszy ośmiotysięcznik dla Polski.
Był wtedy taki zwyczaj, że po wejściu na jakąś wyższą górę, obdzielano się medalami za wybitne osiągnięcia sportowe. Po zdobyciu pierwszego ośmiotysięcznika przez Polaków, nikt z wyprawy wrocławskiej żadnego odznaczenia nie dostał, a nawet niektórzy powątpiewali czy to w ogóle się wydarzyło.
Kaca leczyliśmy przez kilka lat, zanim w roku 1980 zorganizowaliśmy kolejną wyprawę, tym razem do Nepalu na Manaslu – 8156 m, nową drogą od strony lodowca Pungen. Ale to już materiał na inne sprawozdanie.
Sprawozdanie napisał: Stanisław Anioł
Sprawdził i zatwierdził: Janusz Kuliś
TYLU NAS BYŁO
Stoją od lewej: Andrzej Skoczylas, Andrzej Sikorski, Marek Kęsicki, Jan Juszkiewicz, Marian Sajnog, Janusz Kuliś.
Siedzą w drugim rzędzie od lewej: Bohdan Nowaczyk, Kazimierz Glazek, Tadeusz Barbacki, Roman Bebak, Stanislaw Anioł, Wojciech Jonak.
Siedzą w pierwszym rzędzie od lewej: oficer łącznikowy kapitan Abdul Ghani, Janusz Fereński, Zbigniew Jurkowski, Jerzy Woźnica
TYLU NAS ZOSTAŁO PO 50-CIU LATACH
Stoją: Andrzej Skoczylas, Jan Juszkiewicz, Marian Sajnog, Janusz Kuliś. Siedzą: Tadeusz Barbacki, Roman Bebak, Stanisław Anioł.
Dalsze losy po zakończeniu wyprawy kapitana Abdulla Ghani nie są nam znane.
POSTSCRIPTUM CZYLI CO Z WAMI STAŁO SIĘ CHŁOPAKI.
Jubileuszu 50-lecia zdobycia Broad Peak Middle doczekało siedmiu z piętnastu uczestników wyprawy. Ośmiu odeszło do innego świata i tam pewnie uczestniczą w zdobywaniu niebiańskich szczytów:
Andrzej Sikorski, Marek Kęsicki, Bohdan Nowaczyk – pozostali w lodowej krainie na zboczu Broad Peak.
Jurek Woźnica – zginął tragicznie w Karkonoszach w trakcie wykonywania prac konserwatorskich na szlaku turystycznym w rejonie wodospadu Kamieńczyka.
Kazek Głazek– utonął w czasie urlopu spędzanego w Tunezji.
Zbyszek Jurkowski, Wojtek Jonak, Janusz Fereński – zmarli w gronie najbliższej rodziny po długiej i ciężkiej chorobie.
A RESZTA…
![]() | Tadek Barbacki (93 lata) - mieszka we Wrocławiu albo w letnim domku w Górzyńcu koło Szklarskiej Poręby. W pełni sprawny intelektualnie, gorzej ze sprawnością fizyczną, na którą ciągle narzeka, ale czego w tym wieku można się spodziewać. |
![]() | Marian Sajnog (86 lat) - mieszka w Jeleniej Górze. Po latach górnych i chmurnych, zajmuje się głównie wspominaniem czasów minionych oraz snuciem planów na przyszłość. Realizacja tych planów wychodzi mu tak różnie. |
![]() | Andrzej Skoczylas (86 lat) - mieszka w Warszawie. Jest aktywny intelektualnie i fizycznie i czymś jest bardzo zajęty. Dokładnie to nie wiadomo czym. Ostatnio narzeka że brakuje mu żelaza. |
![]() | Stanisław Anioł (83 lata) mieszka we Wrocławiu lub w Stacji Narciarskiej Kamienica pod Śnieżnikiem, gdzie ma lokal o powierzchni 600 m2 z własnym browarem. Od ponad trzydziestu lat buduje ośrodki narciarskie, a zwłaszcza wyciągi narciarskie i koleje linowe. Robi to nadal. Ostatnio przymierza się do budowy najdłuższego na świecie linowego mostu wiszącego dla pieszych pomiędzy dwiema miejscowymi górami - 1040 metrów długości. |
![]() | Roman Bebak (83 lata) - mieszka w Jeleniej Górze - Cieplicach. Z całej ekipy najdłużej zachował sprawność, zwłaszcza fizyczną. Chodzi po górach, jeździ na nartach i górskim rowerze. Ostatnio nieco spuścił z tonu. Był nawet prezesem Sudeckiego Klubu Wysokogórskiego w Jeleniej Górze. |
![]() | Jan Juszkiewicz (82 lata) - mieszka we Wrocławiu. W pełni sprawny fizycznie i intelektualnie. Głównie korzysta ze świętego spokoju jaki mu gwarantuje zasłużona emerytura. Czasem wykonuje drobne prace konserwacyjne w mieszkaniu, ale podobno bez zbytniego entuzjazmu. |
![]() | Janusz Kuliś (75 lat) - mieszka we Wrocławiu. Jak przestał się interesować górami, zajął się strzelectwem sportowym. Posiada odpowiedni arsenał i bierze udział w zawodach w strzelaniu (do czegoś co ucieka lub się chowa) jako zawodnik, a nawet jako sędzia krajowy i międzynarodowy. Kupił dom we wsi Bukowinka i od kilkunastu lat go remontuje, chociaż wszyscy wiedzą że tego remontu nigdy nie skończy, bo jemu nie o to chodzi. Jeździ nadal na nartach. |
Zdjęcia z prywatnych archiwów udostępnili: © Stanisław Anioł, © Marian Sajnog, © Wiktor Szczypka










